Zrodzony z nieba

Go down

Zrodzony z nieba

Pisanie by Talym on Pon Sty 29, 2018 4:20 pm

Już nie tak młody Padawan zmierzał przez valiriański las z dłońmi schowanymi w kieszeń i wzrokiem wlepionym w zasłaną cieniem trawę, po której stąpał. Noc już zastąpiła dzień, a przyjemny chłód prowadził tych, których nie objął jeszcze sen. Togrutanin omijał pnie okrytych mchem drzew bez skierowywania na nich oczu. Opierał się na dźwięku i przeczuciu, które go nie zwodziły. Chociaż zastanawiał się, czy właśnie to przeczucie nie będzie tym razem omylne…

Siedział na pagórku, patrząc się w nocne niebo. Jego ręce oparte o kolana pozwalały dłoniom zwisać bezwiednie i głaskać przepływający między ich palcami wiatr. Prąd tego powietrza kojarzył mu się z mijającym czasem, który płynął nieubłaganie, niosąc na swojej powierzchni coś, czego Talym jeszcze nie mógł dostrzec. Właściwie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tym momencie medytuje. Emocje, które powinny mu teraz towarzyszyć, jakby zostały zdmuchnięte.
Usłyszał kroki zbliżającej się za jego plecami osoby. Właściwie to czuł je już od dłuższego czasu. Akurat obecność tej jednej kobiety była dla niego tak wyróżniająca się jak widok zbliżającej się do Valirii planety wśród zjawisk nieboskłonu.
- Cześć – odezwał się niepewnie głos Witmy. Nie wiedziała, czemu chciał się z nią spotkać, i troszkę ją to zaniepokoiło.
- Cześć! – Togrutanin odwrócił się do niej z ciepłym uśmiechem. – Jak się czujesz?
- Dobrze. Rana na plecach już niemal się zagoiła. – Usiadła koło niego, a Talym poczuł jej zapach, który tak umiejętnie go przyciągał. – A co u ciebie?
Nawet nie przeszło mu przez myśl, by odpowiedzieć w sposób zwyczajny, jak to większość ma w zwyczaju, słysząc to pytanie. Ten Padawan był tak ekspresyjny, że każdy jego ruch, myśl i słowo były autentyczne.
- Ach… - westchnął cicho, krzywiąc się. – Dużo myślę ostatnio. Zwłaszcza o tym, co się dzieje. Co się dzieje w Tarczy. – Podniósł wzrok na oczy Witmy, jakby analizując zawarte w nich teksty.
- Czasem myślenie szkodzi. Człowiek dochodzi do nieprzyjemnych wniosków. – Spojrzała na niebo, szukając, czy tym razem również będzie zorza.
Tym razem, ponieważ nie było to ich pierwsze spotkanie w tym miejscu. Już dwa lata wcześniej rozmawiali tutaj, pod nocnym, kolorowym niebem, otwierając się na siebie. Ku nostalgii, i tym razem zorza zaczęła tkać swe łuno nad parą zakochanych Jedi.
- Czyli… - podrapał się za głową Togrutanin, zanim zadał głupie pytanie - …nie powinienem myśleć?
- Nie to miałam na myśli – odpowiedziała mu Rycerz Maginia. – Bardziej chodzi mi o to, że zbyt długie zastanawianie się samemu może zmienić osąd.
- Chyba masz rację… - zgodził się Padawan. – Im dłużej myślę, tym bardziej zastanawiam się nad tym, czy Tarcza to na pewno mój dom. Czy to na pewno jest miejsce przeznaczone dla mnie. Wiesz, co mam na myśli?
- Mnie też wiele rzeczy się nie podoba. Czuję odpowiedzialność za każdą zabitą osobę. A tylu śmierci moglibyśmy zapobiec.
- Więc dlaczego? – zapytał z bezsilnością Talym. – Dlaczego Tarcza nie broni? Dlaczego nasze działania wyglądają tak a nie inaczej? Przecież… - zatrzymał się na moment, jakby musiał opanować natłok słów, które ciągnęły mu się na język. – Jedi powinni uspokajać. A wychodzi na to, że zabijamy wszystkich, którzy nam stoją na drodze do osiągnięcia celu. Najpierw Arikik, później ten agent… I na pewno to nie są wszystkie sytuacje, jakie miały miejsce. Pewnie o wielu nie wiemy… - dokończył szybciej. – Czuję się, jakby moi przyjaciele zamieniali się w krwiożercze bestie.
- Tarcza nie jest tym, czym była. Idee, które nam przyświecały, zostały zatarte. Odeszli od doktryn Jedi. My odeszliśmy od doktryn Jedi. – Wzięła Talyma za rękę i ścisnęła lekko.
Padawan bał się, że usłyszy te słowa. Jednak mimo to był na nie w pełni przygotowany. Mógł ich wcześniej nie słyszeć, ale je znał. Przewidział je. Nie dzięki Mocy, a dzięki więzi, którą dzielił z Witmą. Ona je po prostu teraz wypowiedziała.
- Żyjemy wymówkami – kontynuowała – zamiast tak, jak powinniśmy.
- Ale my nikogo nie ranimy. – Talym ścisnął na moment jej dłoń, patrząc na nią w zamyśleniu. – Nikogo to nie zabiło. Czy to nie znaczy, że nie robimy źle?
- To, że nie robimy źle, nie oznacza, że robimy dobrze. – Zabrała rękę i przyjrzała się gwiazdom schowanym za zorzą. – Nie tylko ty masz takie przemyślenia.
- Więc jak powinniśmy robić…? – zapytał niskim głosem z obawą o najgorsze, podążając za jej wzrokiem na nieboskłon.
- Od czternastego roku życia należę do Tarczy. Nie znam świata poza nią… Podobno odnalazło coraz więcej Mistrzów, została przywrócona prawdziwa Rada Jedi… Może tam… powinnam skierować swoje kroki?
Talym przełknął ślinę, zamykając oczy.
- Beze mnie – bardziej stwierdził, niż zapytał, odczytując przekaz i inteligentnie analizując słowa.
- Możesz iść ze mną – zapewniła go. – Zawsze chciałeś być prawdziwym Jedi – przypomniała mu, podkreślając słowo „prawdziwym”. – Tam będziesz mieć szansę.
- Witmo… - Spojrzał na nią poważnie. – Ja już nie chcę być Jedi – stwierdził załamanym głosem, kręcąc głową.
- Co? – wyrwało się jego ukochanej. Słowa Padawana zaskoczyły ją.
Właściwie nie tylko ją. Togrutanin po raz pierwszy powiedział to głośno, co, niczym potężna, mosiężna kula, zburzyło jego wewnętrzny świat, który kreował od dziecka. Najboleśniejszą częścią tego było to, że marzenie o byciu Jedi stanowiło ogromny fundament jego osobowości, a teraz się go wyparł…
Pamiętał, jak za dziecka udawał strażnika pokoju z lampą jarzeniową zamiast miecza świetlnego i kocem zamiast szaty. Oglądał te wszystkie programy dla dzieci o bohaterach, zastępując w wyobrażeniu ich twarze swoją. Legendy o Jedi opowiadane mu przez wujka Broela – osobę, która go wychowywała – dodatkowo podsycały ten nieskazitelny zapał, co w efekcie objawiało się snami o byciu podziwianym członkiem Zakonu. A gdy przybył do Tarczy, stało się to jego realnym celem a z czasem – rzeczywistością. Pomagał tym, którzy go potrzebowali. Nauczył się poprawnego korzystania z Mocy. Właściwie mógł myśleć, że to wszystko jest fikcją. Że tak naprawdę zginął, gdzieś tam, na Zakuul, z Broelem, a to wszystko jest rajem.
A teraz… Odrzucił to. Te dwa lata przebywania wśród Jedi zaczęły ostudzać jego, wydawałoby się, niepohamowany zapał. Nie tylko obserwował poczynania swoich sióstr i braci z Zakonu, ale również zgłębiał jego historię zawartą w Archiwach Świątyni na Valirii. Widział coraz więcej błędów i sytuacji, które nigdy nie powinny mieć miejsca, a zyskały postać właśnie dzięki Jedi. Zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nigdy nie chciał być Jedi. Tytuł ten był dla niego tylko pewnego rodzaju formą, kształtem, który narzucił swojemu wzorcowi. Talym zawsze chciał po prostu pomagać, strzec i… obdarowywać miłością.
- Zrozumiałem to tutaj, w Tarczy – wytłumaczył, kiedy otoczenie wokół nich jakby zastygło. Drzewa przestały szeleścić, trawa przestała falować. Byli tylko oni i ich słowa. – Myślałem, że Jedi są inni. Że są to strażnicy pokoju i… szczęścia, bohaterowie podziwiani przez świat. Myliłem się.
Ciemnowłosa, mimo blizn piękna kobieta widziała po nim to, że w jego wypowiedzi jest pewna niewypełniona przestrzeń.
- Talymie, stało się coś? Czemu tak nagle… - Chwyciła jego dłoń, a drugą położyła na policzku, żeby spojrzeć mu w oczy. – Mi możesz powiedzieć wszystko.
Tą niewypełnioną przestrzenią był temat ich związku…
- Wiesz, co by się stało, gdybym poszedł z tobą do Zakonu, prawda? – mówił z trudem. – Wiesz, że Jedi nałożyliby na nas zasady. Nie byłoby nas. – Ponownie uścisnął mocniej jej dłoń, jakby się bał, że mu się wyślizgnie. – Ja nie chcę być jak oni. Chcę być, jaki jestem. Kocham ciebie, kocham naszych przyjaciół, kocham to wszystko. – Machnął ręką, jakby ogarniając świat. – W jaki sposób Jedi chcą szerzyć szczęście, jeżeli nie potrafią dać go sobie?
- W jaki sposób chcesz szerzyć szczęście, gdy w pierwszej kolejności myślisz o swoim własnym? – napomniała go jego była mistrzyni. - Tym właśnie stała się Tarcza. Nie pomagamy. Nie jesteśmy elitarną grupą. Bardziej czymś w rodzaju… piratów? Grabimy tam, gdzie nam się podoba. Pomagamy tym, którzy nas poprą. Nie tak szerzy się pokój w galaktyce.
- Ale… - Zacisnął na moment powieki. –To nie chodzi o to. Nie chcę przekładać własnego szczęścia nad innych. Ale nie chcę być też wyprany z emocji. Chcę pomagać nie tylko rozumem, lecz również sercem… Za to zgadzamy się co do Tarczy – dokończył ciszej.
- Więc co zamierzasz zrobić?
Talym puścił Witmę i na moment odwrócił się od niej, grzebiąc coś w kieszeni. Po chwili wyciągnął naszyjnik wykonany z jakiegoś srebrnego, chłodnego materiału. Jego odbijający światło gwiazd i zorzy cienki łańcuszek był zakończony okrągłym kryształem mieniącym się fluorescencyjnie jasnozielonym światłem. Wokół tego kamienia wiły się nitki srebra, otaczając go z każdej strony, by stanowił stabilną część biżuterii. Maginia wyczuła w nim swój dawny kryształ kyber przekazany jej byłemu Padawanowi do jego pierwszego miecza świetlnego.
- Proszę – powiedział nieśmiało Togrutanin, trzymając naszyjnik w garści w taki sposób, jakby czekał, aż Witma wyciągnie po niego dłoń, przez co zwisał swobodnie między nimi, chwiejąc się lekko, jakby poruszany wiatrem, ruchem Talyma, lub inną nieznaną energią znajdującą się między duszami zakochanych.
- Nie mogę tego przyjąć. – Kobieta pokręciła przecząco głową. – Już raz przyjęłam od kogoś naszyjnik, teraz nie wiem, czy ta osoba w ogóle żyje, czy ma się dobrze. Nie, nie chcę zakończyć naszej znajomości. Nie w taki sposób.
Naszyjnik nagle się zatrzymał. Talym puścił go, a ten trwał w miejscu, niczym zawieszony w czasie. Jedynie sam łańcuszek falował spokojnie. Padawan wpatrywał się w ten zielony punkt światła, jakby wyciągając z niego myśli.
- Między nami nigdy nie będzie końca, Witmo. Jesteśmy związani nie tylko przez uczucia, przedmioty i wspomnienia. Jesteśmy związani przez Moc: więź, która została między nami spleciona – mówił z pełnym spokojem, harmonią. Sprawiał wrażenie nieobecnego, będącego po zupełnie innej stronie, w zupełnie innym świecie. – Czuję twoje uczucia, przeżywam twój ból, śmieję się z tobą i słyszę twoje myśli. Chcesz być Jedi bardziej niż ktokolwiek tutaj, i jako Jedi musisz podążać własną ścieżką, niewyznaczoną przez nikogo. Ja z tej ścieżki nie mogę i nie będę cię ściągał. – Kryształ nagle się poruszył i teraz pływał przez powietrze, zataczając powolne kręgi. – Będę szedł obok, obserwując cię. Będę w pobliżu, żebym mógł cię złapać, kiedy upadniesz… ale nie wejdę na nią. Nie z tobą. I nie sam. Bo na mnie czeka zupełnie inna ścieżka. – Wyciągnął błękitną dłoń pod naszyjnik, a ten delikatnie na niej wylądował.
- Zawsze będziesz w moim sercu zajmował ważne miejsce. Bez względu na to, jaki wymiar będzie nas od siebie odgradzał: czy to będzie przestrzeń czy czas… zawsze będę przy tobie. – Dotknęła jego klatki piersiowej w miejscu, gdzie Togrutanie mają serce.
Talym uśmiechnął się delikatnie, zaciskając rękę z naszyjnikiem, a wolną dłoń położył na dłoni Witmy, spoczywającej na jego klatce.
- Tak samo jak ja będę z tobą.
Maginia uśmiechnęła się do niego i spojrzała w nocne, barwne niebo.
- Pewnie będziemy mieć coraz mniej okazji, żeby tak siedzieć i oglądać gwiazdy.
Padawan za to nie oderwał od niej wzroku. Patrzył na nią w ten swój zauroczony sposób, nie komentując tego, co powiedziała.
Dopiero po jakimś czasie dołączył do podziwiania nieboskłonu.

W gwiazdach tych widział nową ścieżkę, która go wołała. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ogromu i powagi tego, co postanowił. Już nie będzie prowadzonym za rękę Uczniem Jedi przebywającym w bezpiecznej strefie. Teraz będzie dorosłym i odpowiedzialnym za swoje czyny Togrutaninem, dla którego Moc będzie jedynym światłem na tej nieznanej drodze.
Moc, która na początku była dla niego zabawką, później szkołą, a na końcu orężem do zaprowadzania pokoju. Teraz będzie jego przewodnikiem…
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Zrodzony z nieba

Pisanie by Talym on Sob Mar 10, 2018 6:41 pm

Płowa, cienka i przyjemna w dotyku koszula spoczęła na błękitnej, togrutańskiej skórze jeszcze lekko pachnącej poranną bryzą, co było efektem wizyty w odświeżaczu. Talym musiał poprawić jakość swojego zapachu spowodowanego wspinaczką górską, do której podszedł, gdy jeszcze valiriańskie słońce nie zdążyło wyjść poza horyzont. Jednak tym razem trening ten nie odbył się tylko z chęci pielęgnowania swojej pasji i ćwiczenia mięśni. Był to bieg pożegnalny, w trakcie którego Padawan miał uporządkować swoje myśli.
Teraz znajdował się w swoim pokoju, leżąc na łóżku, które jeszcze przed chwilą było pościelone. Z dłońmi splecionymi na brzuchu wpatrywał się w pęknięcie tynku na suficie. Tak bardzo zanurzył się w swej kontemplacji, że zaczął ją utożsamiać z własną sytuacją. Wyobraził sobie, że jest to szczelina między jego dawnym życiem a tym, co go czeka.
Wziął głęboki oddech i usiadł na materacu, opierając łokcie o kolana, by pochylić się nad plecakiem leżącym przy jego stopach. Wystawał z niego ciepły koc i manierka. Podniósł go i uporządkował znajdujące się w nim przedmioty, po czym zapiął go, by już nic nie wyleciało, gdy z bezsilności znowu go gdzieś rzuci.
Zarzucił go na ramię i podszedł do biurka mieszczącego się przed otwartym oknem. Idealne jakościowo powietrze planety wręcz kusiły, by zrezygnować ze swoich planów, ale siła woli Talyma była wyższa. Do tego te słodkie śmiechy młodzików uspokajane przez jakiś stanowczy głos... Świątynia była dla niego domem a Zakon rodziną. Nie łatwo było to wszystko zostawić. Właściwie prawie wszystko mówiło mu, by został. Nawet rozsądek.
Skąd w takim razie zrodziła się w nim taka decyzja? Złapał za srebrny naszyjnik z zielonym, okrągłym kryształem i wbił w niego spojrzenie. Witma nie była jedynym powodem. W tym widział swoją zmianę, nie wiedział tylko, czy na lepsze. Na początku swej przygody, jako Padawan, wszystko uzależniał od swej mistrzyni: Rycerz Maginii. Myślał tylko o niej, wszystko robił dla niej, cały czas spędzał z nią… Wypełniała ona całe jego życie. A tego dnia? Zdecydował, że czas wyruszyć w podróż zrozumienia siebie, nawet kosztem związku z Witmą. Na szczęście i jego ukochana pomyślała o tym samym. Tak, jak on, postanowił wybrać odpowiednią dla siebie ścieżkę. Z pewnością było to dużym ułatwieniem.
Zacisnął pięść, zamykając w niej naszyjnik, i przypiął tę biżuterię do swojego paska, obok miecza świetlnego. Następnie spojrzał na puszkę kakao i jej wieczko leżące obok. Chwycił za kartkę papieru, prawdopodobnie wyrwaną z jakiegoś niewielkiego notesu, i przeczytał zawarte na niej słowa.

Mistrzu Sallarosie Jan’yse

Postanowiłem wyruszyć w podróż, o której już kiedyś z tobą rozmawiałem. Wtedy szukałem sposobu na ciemność, która chciała mnie dorwać. Teraz wyruszam po to, by poznać swą prawdziwą ścieżkę – swoje przeznaczenie. Nie wiem kiedy i czy wrócę. Mam nadzieję, że to zrozumiesz. I nie martw się o mnie! Dziękuję za ciepłe przyjęcie, dom i rodzinę. Dla mnie jesteś też przyjacielem. I proszę, podziękuj bardzo Mistrzowi Gritlenowi za wszystkie lekcje, które mi przekazał.


Talym


Togrutanin wrzucił kartkę do puszki kakao i zamknął wieczko, po którym chwilę później poklepał. Papier był rzadkością. To fakt.  Ale Talym uwielbiał go – jego zapach, wygląd i fraktura razem sprawiały, że nie chciał go zastępować holonotatkami. Zresztą pamiętniki, które prowadził, były papierowe. To też jakiś sentyment.
- Czas wyruszać – rzekł cicho, odwracając się do drzwi, które chwilę później się zamknęły za nim z sykiem.

Padawan wyszedł na lądowisko i od razu spojrzał na transportowiec Tarczy, którego opuszczona rampa przyjmowała kolejne skrzynie wtłaczane przez pilota. Szatyn w średnim wieku, nieco umorusany tam i ówdzie, z goglami na czole czochrającymi jego włosy, po skończeniu załadunku wyszedł jeszcze na zewnątrz, by przejrzeć coś w datapadzie. Gdy spojrzał znad urządzenia na zmierzającego w jego stronę Togrutanina, uśmiechnął się lekko, widocznie zadowolony jego widokiem.
- Padawan Talym – przywitał się, chowając datapad do głębokiej kieszeni szerokich spodni.
- Witaj, Lix. – Jedi skinął głową, wprawiając tym samym w ruch swoje lekku. – Lecę z tobą – oznajmił z delikatnym uśmiechem, wchodząc na pokład.
Pilota zaskoczyła ta wiadomość do tego stopnia, że stał, jak słup, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był Talym.
- A-ale jak to?! – Zmierzył za Togrutaninem, wbiegając ze stukotem po rampie statku. – Nikt mnie o tym nie powiadomił. M-m-miałem lecieć sam – wydukał, patrząc z zakłopotaniem na Talyma rozglądającego się po pokładzie wypchanym skrzyniami z żywnością.
- Postanowienie Rycerz Maginii – skłamał Padawan, zajmując miejsce obok pilota.
- Nigdy nie zrozumiałem sposobu postępowania Jedi… - mruknął Lix, zasiadając za sterami.
Talym patrzył przez iluminatory w przestrzeń Valirii. Lasy i świątynia zaczęły nagle się zapadać, jakby pochłaniane trzęsieniem ziemi, co było swoistą iluzją wznoszącego się statku. Oprócz rytmu silników słychać było klikanie w terminal sterowniczy. Zwykle zagadujący swych przyjaciół Padawan teraz dał sobie chwilę ciszy, by nic nie stało na drodze jego myśli zmierzających w galaktyczny eter…
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Zrodzony z nieba

Pisanie by Talym on Pon Mar 12, 2018 12:22 pm

Talym, jako ułożony Togrutanin, odbywał właśnie wyznaczoną część snu, gdy obudził go huk zderzenia się metalowego poszycia statku z powierzchnią planety. Pierwsze, co ujrzał, to kamienne płyty prowadzące do namiotu polowego z namalowanym nad wejściem logiem Tarczy. Po obu stronach ścieżki natomiast znajdowały się różne skrzynie i stojaki. Między wszystkim poruszało się kilkadziesiąt istot przedstawiających przeróżne rasy. Na tle tej bazy wznosiły się drzewa o potężnych, powyginanych pniach i okazałych koronach szeleszczących liści. Był dzień, lecz niebo, nieco wzburzone nieprzeszkadzającym znacząco wiatrem, pokryte było szarą płachtą chmur, spośród których gdzieniegdzie, niczym ostrza wbite w wełniany materiał, przebijały się promienie słońca.
Togrutanin przetarł oczy, a Lix uderzył go zwartą pięścią w ramię, wstając z fotela pilota i zmierzając do wyjścia.
- Jesteśmy na miejscu, Padawanie Talym.
Jedi, przecierając obolałe od ciosu miejsce, obejrzał się za pilotem. Ujrzał, że rampa jest już opuszczona i na pokład wchodzi jakiś Bothanin i Chagrian, po czym włączają repulsory skrzyń z jedzeniem i bez większego trudu wypychają lewitujący ładunek na zewnątrz, kontener po kontenerze. Talym widział też, jak poza statkiem Lix rozmawia z jakimś przystojnym, ciemnowłosym, dobrze zbudowanym mężczyzną w średnim wieku. Jego kilkudniowy zarost dodatkowo uwydatniał kształt szczęki. Był ubrany w wojskowe połączenie białego munduru i zbroi z pomarańczowymi akcentami. I na jego ramienniku widniało logo Tarczy. Ręce trzymał oparte o biodra, odrywając co jakiś czas jedną z dłoni, by gestykulować w trakcie dyskusji. Do tego wyginał się co jakiś czas do tyłu pod wpływem noszącego go śmiechu.
Padawan podniósł się ospale i poszedł w stronę rozmawiającej dwójki, łapiąc po drodze za swój plecak. Zszedł powoli po durastalowej blasze, a oczy obu mężczyzn zwróciły się w jego kierunku. Dopiero teraz Talym dostrzegł, że o ile przed statkiem stał wielki namiot Tarczy, o tyle za statkiem znajdowały się pojedyncze domy, jakby wioska. A dookoła lasy i równiny.
- No, no – mruknął nieznany mężczyzna. – Witamy w naszym posterunku. Chłopaki z pewnością się ucieszą. – Zaśmiał się cicho, jakby odgadł reakcję kilku istot, które zatrzymały się, by przyjrzeć się postaci, która ich odwiedziła. Na niektórych twarzach nawet zawitał uśmiech.
- Przepraszam – mruknął Bothanin wypychający z pokładu statku skrzynię z prowiantem.
Talym, lekko zdezorientowany, zszedł z drogi tragarzom i stanął obok Lixa.
- Witam! – odpowiedział, analizując powoli, gdzie tak właściwie się znajduje i co tu się dzieje.
- Jestem generał Chor. – Przedstawił się wpół opancerzony mężczyzna, widząc zakłopotanie Togrutanina. – Dopiero się obudził? – skierował do Lixa odrywającego co chwilę wzrok od swego datapadu.
- Jestem Talym – powiedział, drapiąc się za głową. – Talym Sellgail, Padawan Zakonu Jedi i członek Tarczy.
- Aaa! – wydał z siebie generał, uderzając się w udo. – Rogaty rycerzyk. Ale to dobrze, to dobrze. Ostatnim Jedi, który nas odwiedził, był Dowódca Jan’yse. Dodało nam to nieco morałów. Choć. – Machnął ręką, prowadząc go w stronę namiotu i zostawiając Lixa z kontrolą wyładunku.
Talym oczywiście ruszył za swym przewodnikiem, rozglądając się po całej scenerii. Humory były różne. Niektórych nie opuszczały. Dało się nawet dostrzec Durosjanina trzymającego brandy w jednej ręce, a datapad w drugiej. Tylko na zmianę podnosił jedno lub drugie – by coś przeczytać albo łyknąć. Opierał się łokciem i jedną ze skrzyń i na widok Chora uniósł butelkę w geście toastu. Większą uwagę Togrutanina przykuł jednak szczupły, o głowę niższy od niego mężczyzna. Jego ciemne włosy i oczy w połączeniu z garbatym, ostrym nosem nadawały mu nieprzyjemnego charakteru. Padawan poczuł się, jakby jedna z najbardziej nielubianych przez niego postaci z komiksów o bohaterach wyszedł z obrazu i wkroczył do świata realnego. Albo na odwrót. Dodatkowo w jego spojrzeniu było coś niepokojącego.
- Oon to przede wszystkim górnicza planeta – zaczął w trakcie drogi tłumaczyć Chor. – Mamy tutaj stanowisko, ponieważ władze tego miejsca wykorzystują swych mieszkańców jako tanią siłę roboczą.
- Niewolnictwo? – zapytał zgorszony tą sytuacją Talym.
- Właściwie… to tak – odpowiedział generał, zatrzymując się. Togrutanin prawie na niego wpadł. Chor złapał go za ramię i wskazał w stronę przeciwną niż szli, na niebo. – Widzisz to?
Padawan dostrzegł niewielki punkt na planie nieba, wiszący tak wysoko, że prawdopodobnie topił się w chmurach.
- To jest Gwiezdna Forteca Zakuul – wyjaśnił żołnierz z nieskrywaną nutą nienawiści w głosie. – Z tej perspektywy tego nie widać, ale wisi nad stolicą planety. Pobierają od jej mieszkańców dokładnie tyle, ile wydobywano przed ich przybyciem. Z tego powodu mieszkańcy nie zarabiają już tyle, co wcześniej, bo praktycznie wszystko idzie do Zakuul. Ale właśnie… praktycznie wszystko – podkreślił, wzdychając ciężko z kręceniem głową. Talym stał cicho, nie odrywając wzroku od Gwiezdnej Fortecy. – Na domiar złego nowy prezydent miasta zrobił z mieszkańców tanią siłę roboczą i każe im produkować dwa razy więcej, by jedną część miało Zakuul, a druga szła na sprzedaż, a pieniądze z tej sprzedaży do jego kieszeni – zakończył Chor, obróciwszy się na pięcie, by ponownie obrać kierunek w stronę namiotu.
Togrutanin jeszcze przez chwilę obserwował lewitującą budowlę, pogrążając się w konsternacji. Pierwszy raz widział swymi oczami jedną z tych maszyn, które trzymały pieczę nad planetami. Opuścił wzrok i z przymrużonymi powiekami popatrzył pod stopy, chcąc odwrócić od tego widoku swoją uwagę, jakby walczył z jakimś nieokreślonym przyciąganiem. Po tym dołączył do generała.
Chor odsłonił płachtę od wejścia do namiotu i wraz z Togrutaninem weszli do środka. Okazało się, że ten wielki namiot służył za sypialnię. Wszędzie były rozstawione wojskowe materace i bagaże członków Tarczy, w liczbie około trzydziestu. Po przeciwległej stronie namiotu znajdowało się kolejne, lecz o wiele mniejsze wejście.
W trakcie marszu mężczyzna wskazał Talymowi miejsce, gdzie może spać, i zatrzymał się.
- Jutro nad ranem odbędzie się narada. Będzie dobrze, jeżeli przyjdziesz. Tymczasem pozostawiam cię z tym. – I ruszył do wyjścia.
Padawan położył swój plecak obok materacu i spojrzał po reszcie posłań. Nikogo tu nie było. Zapewne wszyscy pracowali.

Wieczorem już każdy zajmował swoje miejsce. O dach namiotu uderzały krople deszczu. Padawan leżał w swoim wyrku, na boku, z dłonią podłożoną pod głowę. Oczy miał otwarte i obserwował w większości śpiących członków Tarczy. Z dwie osoby czytały jeszcze hologazety z najnowszymi wiadomościami z galaktyki. Ich nagłówki głosiły: „Kolejny atak Imperium” i „Pozostałości Palpatiny”. Ten ostatni tytuł spowodował, że Togrutanin zamknął oczy i odetchnął głęboko. Nie chciał wracać wspomnieniami do tych wydarzeń. Tylko przypominały mu o krzywdach Witmy, za którą teraz tak bardzo tęsknił. Nie spędzał z nią każdej nocy w jednym łóżku, ale zawsze miał tę świadomość, że może ukradkiem przejść do jej pokoju i pogładzić jej policzek, pocałować w czoło czy nawet po prostu na nią popatrzeć. Teraz miał tylko naszyjnik, którego nie przyjęła. „Może to dobrze?” – zastanawiał się, czując, że przynajmniej ma jakąś pamiątkę, linkę wspomnień, której może się w każdym momencie chwycić. Tak naprawdę to ból po rozstaniu rozpoczął się teraz, gdy musiał przeżyć pierwszą noc poza zasięgiem swej ukochanej. Nawet sama chwila zakończenia związku była dla niego o wiele spokojniejsza, wręcz wzorcowa względem poglądów Jedi.
Przewrócił się na drugi bok i poczuł, że wyrwał się ze stanu półsnu-półjawy. Większość myśli, która mu przed chwilą zaprzątała głowę, teraz kompletnie z niej wyleciała. Nawet nie był w stanie ich wyłapać i odtworzyć. Przyjął to z pewną ulgą, bo czuł, jak łza napływa mu do oka. To znaczyło, że nie były przyjemne. Z tym spokojem zasnął…
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Zrodzony z nieba

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach