Zrodzony z nieba

Go down

Zrodzony z nieba

Pisanie by Talym on Pon Sty 29, 2018 4:20 pm

Już nie tak młody Padawan zmierzał przez valiriański las z dłońmi schowanymi w kieszeń i wzrokiem wlepionym w zasłaną cieniem trawę, po której stąpał. Noc już zastąpiła dzień, a przyjemny chłód prowadził tych, których nie objął jeszcze sen. Togrutanin omijał pnie okrytych mchem drzew bez skierowywania na nich oczu. Opierał się na dźwięku i przeczuciu, które go nie zwodziły. Chociaż zastanawiał się, czy właśnie to przeczucie nie będzie tym razem omylne…

Siedział na pagórku, patrząc się w nocne niebo. Jego ręce oparte o kolana pozwalały dłoniom zwisać bezwiednie i głaskać przepływający między ich palcami wiatr. Prąd tego powietrza kojarzył mu się z mijającym czasem, który płynął nieubłaganie, niosąc na swojej powierzchni coś, czego Talym jeszcze nie mógł dostrzec. Właściwie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tym momencie medytuje. Emocje, które powinny mu teraz towarzyszyć, jakby zostały zdmuchnięte.
Usłyszał kroki zbliżającej się za jego plecami osoby. Właściwie to czuł je już od dłuższego czasu. Akurat obecność tej jednej kobiety była dla niego tak wyróżniająca się jak widok zbliżającej się do Valirii planety wśród zjawisk nieboskłonu.
- Cześć – odezwał się niepewnie głos Witmy. Nie wiedziała, czemu chciał się z nią spotkać, i troszkę ją to zaniepokoiło.
- Cześć! – Togrutanin odwrócił się do niej z ciepłym uśmiechem. – Jak się czujesz?
- Dobrze. Rana na plecach już niemal się zagoiła. – Usiadła koło niego, a Talym poczuł jej zapach, który tak umiejętnie go przyciągał. – A co u ciebie?
Nawet nie przeszło mu przez myśl, by odpowiedzieć w sposób zwyczajny, jak to większość ma w zwyczaju, słysząc to pytanie. Ten Padawan był tak ekspresyjny, że każdy jego ruch, myśl i słowo były autentyczne.
- Ach… - westchnął cicho, krzywiąc się. – Dużo myślę ostatnio. Zwłaszcza o tym, co się dzieje. Co się dzieje w Tarczy. – Podniósł wzrok na oczy Witmy, jakby analizując zawarte w nich teksty.
- Czasem myślenie szkodzi. Człowiek dochodzi do nieprzyjemnych wniosków. – Spojrzała na niebo, szukając, czy tym razem również będzie zorza.
Tym razem, ponieważ nie było to ich pierwsze spotkanie w tym miejscu. Już dwa lata wcześniej rozmawiali tutaj, pod nocnym, kolorowym niebem, otwierając się na siebie. Ku nostalgii, i tym razem zorza zaczęła tkać swe łuno nad parą zakochanych Jedi.
- Czyli… - podrapał się za głową Togrutanin, zanim zadał głupie pytanie - …nie powinienem myśleć?
- Nie to miałam na myśli – odpowiedziała mu Rycerz Maginia. – Bardziej chodzi mi o to, że zbyt długie zastanawianie się samemu może zmienić osąd.
- Chyba masz rację… - zgodził się Padawan. – Im dłużej myślę, tym bardziej zastanawiam się nad tym, czy Tarcza to na pewno mój dom. Czy to na pewno jest miejsce przeznaczone dla mnie. Wiesz, co mam na myśli?
- Mnie też wiele rzeczy się nie podoba. Czuję odpowiedzialność za każdą zabitą osobę. A tylu śmierci moglibyśmy zapobiec.
- Więc dlaczego? – zapytał z bezsilnością Talym. – Dlaczego Tarcza nie broni? Dlaczego nasze działania wyglądają tak a nie inaczej? Przecież… - zatrzymał się na moment, jakby musiał opanować natłok słów, które ciągnęły mu się na język. – Jedi powinni uspokajać. A wychodzi na to, że zabijamy wszystkich, którzy nam stoją na drodze do osiągnięcia celu. Najpierw Arikik, później ten agent… I na pewno to nie są wszystkie sytuacje, jakie miały miejsce. Pewnie o wielu nie wiemy… - dokończył szybciej. – Czuję się, jakby moi przyjaciele zamieniali się w krwiożercze bestie.
- Tarcza nie jest tym, czym była. Idee, które nam przyświecały, zostały zatarte. Odeszli od doktryn Jedi. My odeszliśmy od doktryn Jedi. – Wzięła Talyma za rękę i ścisnęła lekko.
Padawan bał się, że usłyszy te słowa. Jednak mimo to był na nie w pełni przygotowany. Mógł ich wcześniej nie słyszeć, ale je znał. Przewidział je. Nie dzięki Mocy, a dzięki więzi, którą dzielił z Witmą. Ona je po prostu teraz wypowiedziała.
- Żyjemy wymówkami – kontynuowała – zamiast tak, jak powinniśmy.
- Ale my nikogo nie ranimy. – Talym ścisnął na moment jej dłoń, patrząc na nią w zamyśleniu. – Nikogo to nie zabiło. Czy to nie znaczy, że nie robimy źle?
- To, że nie robimy źle, nie oznacza, że robimy dobrze. – Zabrała rękę i przyjrzała się gwiazdom schowanym za zorzą. – Nie tylko ty masz takie przemyślenia.
- Więc jak powinniśmy robić…? – zapytał niskim głosem z obawą o najgorsze, podążając za jej wzrokiem na nieboskłon.
- Od czternastego roku życia należę do Tarczy. Nie znam świata poza nią… Podobno odnalazło coraz więcej Mistrzów, została przywrócona prawdziwa Rada Jedi… Może tam… powinnam skierować swoje kroki?
Talym przełknął ślinę, zamykając oczy.
- Beze mnie – bardziej stwierdził, niż zapytał, odczytując przekaz i inteligentnie analizując słowa.
- Możesz iść ze mną – zapewniła go. – Zawsze chciałeś być prawdziwym Jedi – przypomniała mu, podkreślając słowo „prawdziwym”. – Tam będziesz mieć szansę.
- Witmo… - Spojrzał na nią poważnie. – Ja już nie chcę być Jedi – stwierdził załamanym głosem, kręcąc głową.
- Co? – wyrwało się jego ukochanej. Słowa Padawana zaskoczyły ją.
Właściwie nie tylko ją. Togrutanin po raz pierwszy powiedział to głośno, co, niczym potężna, mosiężna kula, zburzyło jego wewnętrzny świat, który kreował od dziecka. Najboleśniejszą częścią tego było to, że marzenie o byciu Jedi stanowiło ogromny fundament jego osobowości, a teraz się go wyparł…
Pamiętał, jak za dziecka udawał strażnika pokoju z lampą jarzeniową zamiast miecza świetlnego i kocem zamiast szaty. Oglądał te wszystkie programy dla dzieci o bohaterach, zastępując w wyobrażeniu ich twarze swoją. Legendy o Jedi opowiadane mu przez wujka Broela – osobę, która go wychowywała – dodatkowo podsycały ten nieskazitelny zapał, co w efekcie objawiało się snami o byciu podziwianym członkiem Zakonu. A gdy przybył do Tarczy, stało się to jego realnym celem a z czasem – rzeczywistością. Pomagał tym, którzy go potrzebowali. Nauczył się poprawnego korzystania z Mocy. Właściwie mógł myśleć, że to wszystko jest fikcją. Że tak naprawdę zginął, gdzieś tam, na Zakuul, z Broelem, a to wszystko jest rajem.
A teraz… Odrzucił to. Te dwa lata przebywania wśród Jedi zaczęły ostudzać jego, wydawałoby się, niepohamowany zapał. Nie tylko obserwował poczynania swoich sióstr i braci z Zakonu, ale również zgłębiał jego historię zawartą w Archiwach Świątyni na Valirii. Widział coraz więcej błędów i sytuacji, które nigdy nie powinny mieć miejsca, a zyskały postać właśnie dzięki Jedi. Zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nigdy nie chciał być Jedi. Tytuł ten był dla niego tylko pewnego rodzaju formą, kształtem, który narzucił swojemu wzorcowi. Talym zawsze chciał po prostu pomagać, strzec i… obdarowywać miłością.
- Zrozumiałem to tutaj, w Tarczy – wytłumaczył, kiedy otoczenie wokół nich jakby zastygło. Drzewa przestały szeleścić, trawa przestała falować. Byli tylko oni i ich słowa. – Myślałem, że Jedi są inni. Że są to strażnicy pokoju i… szczęścia, bohaterowie podziwiani przez świat. Myliłem się.
Ciemnowłosa, mimo blizn piękna kobieta widziała po nim to, że w jego wypowiedzi jest pewna niewypełniona przestrzeń.
- Talymie, stało się coś? Czemu tak nagle… - Chwyciła jego dłoń, a drugą położyła na policzku, żeby spojrzeć mu w oczy. – Mi możesz powiedzieć wszystko.
Tą niewypełnioną przestrzenią był temat ich związku…
- Wiesz, co by się stało, gdybym poszedł z tobą do Zakonu, prawda? – mówił z trudem. – Wiesz, że Jedi nałożyliby na nas zasady. Nie byłoby nas. – Ponownie uścisnął mocniej jej dłoń, jakby się bał, że mu się wyślizgnie. – Ja nie chcę być jak oni. Chcę być, jaki jestem. Kocham ciebie, kocham naszych przyjaciół, kocham to wszystko. – Machnął ręką, jakby ogarniając świat. – W jaki sposób Jedi chcą szerzyć szczęście, jeżeli nie potrafią dać go sobie?
- W jaki sposób chcesz szerzyć szczęście, gdy w pierwszej kolejności myślisz o swoim własnym? – napomniała go jego była mistrzyni. - Tym właśnie stała się Tarcza. Nie pomagamy. Nie jesteśmy elitarną grupą. Bardziej czymś w rodzaju… piratów? Grabimy tam, gdzie nam się podoba. Pomagamy tym, którzy nas poprą. Nie tak szerzy się pokój w galaktyce.
- Ale… - Zacisnął na moment powieki. –To nie chodzi o to. Nie chcę przekładać własnego szczęścia nad innych. Ale nie chcę być też wyprany z emocji. Chcę pomagać nie tylko rozumem, lecz również sercem… Za to zgadzamy się co do Tarczy – dokończył ciszej.
- Więc co zamierzasz zrobić?
Talym puścił Witmę i na moment odwrócił się od niej, grzebiąc coś w kieszeni. Po chwili wyciągnął naszyjnik wykonany z jakiegoś srebrnego, chłodnego materiału. Jego odbijający światło gwiazd i zorzy cienki łańcuszek był zakończony okrągłym kryształem mieniącym się fluorescencyjnie jasnozielonym światłem. Wokół tego kamienia wiły się nitki srebra, otaczając go z każdej strony, by stanowił stabilną część biżuterii. Maginia wyczuła w nim swój dawny kryształ kyber przekazany jej byłemu Padawanowi do jego pierwszego miecza świetlnego.
- Proszę – powiedział nieśmiało Togrutanin, trzymając naszyjnik w garści w taki sposób, jakby czekał, aż Witma wyciągnie po niego dłoń, przez co zwisał swobodnie między nimi, chwiejąc się lekko, jakby poruszany wiatrem, ruchem Talyma, lub inną nieznaną energią znajdującą się między duszami zakochanych.
- Nie mogę tego przyjąć. – Kobieta pokręciła przecząco głową. – Już raz przyjęłam od kogoś naszyjnik, teraz nie wiem, czy ta osoba w ogóle żyje, czy ma się dobrze. Nie, nie chcę zakończyć naszej znajomości. Nie w taki sposób.
Naszyjnik nagle się zatrzymał. Talym puścił go, a ten trwał w miejscu, niczym zawieszony w czasie. Jedynie sam łańcuszek falował spokojnie. Padawan wpatrywał się w ten zielony punkt światła, jakby wyciągając z niego myśli.
- Między nami nigdy nie będzie końca, Witmo. Jesteśmy związani nie tylko przez uczucia, przedmioty i wspomnienia. Jesteśmy związani przez Moc: więź, która została między nami spleciona – mówił z pełnym spokojem, harmonią. Sprawiał wrażenie nieobecnego, będącego po zupełnie innej stronie, w zupełnie innym świecie. – Czuję twoje uczucia, przeżywam twój ból, śmieję się z tobą i słyszę twoje myśli. Chcesz być Jedi bardziej niż ktokolwiek tutaj, i jako Jedi musisz podążać własną ścieżką, niewyznaczoną przez nikogo. Ja z tej ścieżki nie mogę i nie będę cię ściągał. – Kryształ nagle się poruszył i teraz pływał przez powietrze, zataczając powolne kręgi. – Będę szedł obok, obserwując cię. Będę w pobliżu, żebym mógł cię złapać, kiedy upadniesz… ale nie wejdę na nią. Nie z tobą. I nie sam. Bo na mnie czeka zupełnie inna ścieżka. – Wyciągnął błękitną dłoń pod naszyjnik, a ten delikatnie na niej wylądował.
- Zawsze będziesz w moim sercu zajmował ważne miejsce. Bez względu na to, jaki wymiar będzie nas od siebie odgradzał: czy to będzie przestrzeń czy czas… zawsze będę przy tobie. – Dotknęła jego klatki piersiowej w miejscu, gdzie Togrutanie mają serce.
Talym uśmiechnął się delikatnie, zaciskając rękę z naszyjnikiem, a wolną dłoń położył na dłoni Witmy, spoczywającej na jego klatce.
- Tak samo jak ja będę z tobą.
Maginia uśmiechnęła się do niego i spojrzała w nocne, barwne niebo.
- Pewnie będziemy mieć coraz mniej okazji, żeby tak siedzieć i oglądać gwiazdy.
Padawan za to nie oderwał od niej wzroku. Patrzył na nią w ten swój zauroczony sposób, nie komentując tego, co powiedziała.
Dopiero po jakimś czasie dołączył do podziwiania nieboskłonu.

W gwiazdach tych widział nową ścieżkę, która go wołała. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ogromu i powagi tego, co postanowił. Już nie będzie prowadzonym za rękę Uczniem Jedi przebywającym w bezpiecznej strefie. Teraz będzie dorosłym i odpowiedzialnym za swoje czyny Togrutaninem, dla którego Moc będzie jedynym światłem na tej nieznanej drodze.
Moc, która na początku była dla niego zabawką, później szkołą, a na końcu orężem do zaprowadzania pokoju. Teraz będzie jego przewodnikiem…
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 302
Join date : 15/04/2016
Age : 18
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach