Ostatnia misja - Belsavis

Go down

Ostatnia misja - Belsavis

Pisanie by Norrin'rad on Nie Lut 25, 2018 5:18 pm

Młody jedi siedział w kokpicie małego statku i wpatrywał się w czerń bezkresnego kosmosu, mistrz Hodim i mistrz Qrado, siedzieli na miejscu pilotów. Erun rozmyślał. Dlaczego znalazł się tu gdzie jest teraz, czy przyrpowadziły go sny, wizje czy przeznaczenie? Tak, nie, być może, lecz nie tylko siła wyższa go tu skierowała, zrobiło to coś jeszcze. Przysięga. Erun płakał w ramię brata jak małe dziecko, Ardun stałz kamienną miną, po policzkach spływały mu łzy żalu i goryczy, byłą księzycowa gwiezdna noc na Tythonie, zapalone pochodnie i kurchan ułożony z kamieni na którym spoczywało ciało Aree’li. Aree ich najlepsza przyjaciółka, nie nie przyjaciółka, ktoś o wiele droższy, ktoś kto zagościł w ich sercu. Tak, wiedział to, kochał ją, kochali ją oboje, a teraz, teraz nie ma już Aree, pozostała pustka, żal i rozpacz. Stali jeszcze długo przy kurhanie, gdy płomienie trawiły jej ciało, Ardun wyciągnął nóż i naciął dłoń, po czym chlapnął krwiądo ognia: „Przysięgam, przysięgam zniszczyć Zaraze”, po czym podał sztylet Erunowi. Erun wziął i uczyniłtosamo: „Przysiegam...na Moc...na Ciebie Aree..zniszcze Zarazę”. Po czym oboje dodali: „Zniszczymy ją razem...

Rozmyslania chłopaka przerwała czyjaś dłoń na jego ramieniu. To był mistrz Hodim, patrzył na swojego padawana trochę z obawą i troską. Erun, Erun odwzajemnił spojrzenie i lekko się uśmiechnął, jakby chciałdać mu do zrozumienia: nic mi nie jest. Hodim dobrze znał myśli swojego padawana. Znali się nie od dziś, i łączyła ich niezwykła więź, więźmistrza i ucznia, coś ponad więzy rodzinne i miłość, to coś co trudno wytłumaczyć. Erun zawsze nie mógł wyjść z podziwu dla Hodima, zaufanie jakim obdrzał go mistrz było niesamowite, Hodim był opoką dla niego i prawdziwym wzorem, tak wzorem. Erun wiedział, że nie był najlepszym i najbardziej posłusznym uczniem, często mieli rozbierzne poglądy na rozumienie mocy i filozofii jedi, jednak mimo to, że chłopak był niezwykle przemądrzały, może nawet zbyt mądry jak na swój wiek, Hodim zawsze potrafił znależć konsensus, zawsze miałdla niego odpowiedź, nie ważne jak trudne chłopak postawił pytanie, to wzbudzało podziw. Hodim miał jeszcze inną zaletę którą Erun niezwykle cenił – wiarę we własnego ucznia. Co jak co ale Hodim mimo wszystkich jego wybryków ufał mu, stał za swoim padawanem murem nawet w najgorszych chwilach, ta niezachwiana podpora, że ktoś czuwa nad tobą nawet nie będąc fizycznie obok ciebie daje bardzo wiele, bo w największych chwilach zwątpienia, duchowa postać mistrza która żyje w tobie nie daje ci zbłądzić. Tak też się stało po śmierci Aree, Erun nie zatracił się w rozpaczy i żalu, bo wiedział, że są ludzie którzy na niego liczą, Ardun i mistrz Hodim.  
Erun spokojnie zapytał mistrza: Dotarliśmy już na Belsavis? Tak – odparł Hodim.
Wylądowali w miejscu które dokłądnie opisał Erun ze swoich snów, na szczęście doświadczony i i wekowy mistrz Qrado skojarzył miejsce z wizji z rzeczywistą lokacją na Belsavis. To więzienie Republiki, blok 45.
Wylądowali na małym lądowisku, więzienie wyglądało..przerażająco, ogrodzenie z siatki porwane, popalone, stanowiska zniszczone jak po bitwie, bądź rebelii i...masa trupów. Chłopiec wzdrygnął się na ten widok, odór martwych ciał doprowadzał go do wymiotów, mistrzowie jedynie na krótką chwilę przykryli usta, ale twarze mieli kamienne, jedynie oczy wyrażały smutek z tego pejzarzu śmierci.  Przechodzili się miedzy ciałami, Erun bacznie oglądał każde, z nadzieją czy może ktoś jeszcze dycha, niestety...Nawet sięgnowszy po Moc nie wyczuł w nich życia, lecz za to wyczuł żywją istotę niedaleko. Gdy wyszukał wzrokiem źródło żcyia, Hodim i Qrado już spoglądali w tamtą stronę. W oddali na placu przed głównym budynkiem stała postac, odziana w czerń. Gdy Jedi podeszli w jej kierunku, ta odwróciła się w ich stronę, mistrz Qrado, najbardziej doświadczony z całej trójki, instynktownie jakby coś wyczuł wyciągnął miecz. Zmysły mistrza były bardziej wyczulone, mimo sędziwego wieku nie opuściło go przeczucie i moc, tak mistrz Qrado widział w mocy więcej niż Hodim i Erun. Zakapturzona postać uniosł tylko głowę do góry ujawniając dolnącześć twarzy, dalej zasłaniając oczy i górnączęść twarzy, uśmiechneła się w stronę jedi. Po chwili ciszy, przedstawiłą się jako Rose, i wyjawiła swoje intencje co do tego miejsca. Ona rónież szuka źródła tej masakry. Qrado jak zawsze ostrożny, nie ufał słową zakapturzonej, cały czas bacznie ją obserwował. Miał racje, była sithem. Pok krótkiej chwili, chyba wszyscy usłyszeli coś dziwnego, dźwięk, nie, to nie był tak izwykły dźwięk, bo nie słychać go było uszami, a bardziej w głowie, dźwięk bijącego mocno serca, rytmiczne i silne. Nim się spostrzegliśmy, ciała martwych zaczeły dziwnie trząść sięw konwulsjach, nie były to jednak drgawki pośmiertne, bo te już dawno nastąpiły, to było coś innego, jakaś siła zmuszała je do ruchu. Wszyscy martwi na placu jak i wokół niego zaczeli...powstawać, każdy chwytał przy tym swoją broń, która leżała obok, to było starszne... Niegdyś żołnierz republiki pełen zycia teraz nadgnity siny trup, twarz miał poniszczoną, brakowało mu jednego oka, a wyraźny ślad w czaszcze świadczył, że zginął od strzału blasterowego w czerep. Teraz słaniał się na nogach trzymając swój blaster wycelowany w grupę jedi i Rose, szedł powoli, powoli jak wszyscy wydając z siebie jakieś mamrotania jedynie. Chwilę później rozległy sięstrzały, a cześć martwych uzbrojona w wibro miecze rzuciła się na nas. Wszyscy dobyli mieczy, mistrz Qrado zrobił to najszybciej i od razu ściął trzech najbliższych zombie , Rose pchnęła falą mocy przednich umarlaków i doskoczyła do kolejnych, Hodim i Erun stanęli przy sobie i czekali az trupsoze zaatakują, para jedi najpier w przeszła do obrony Soresu, po czym zripostowali odcinając najbliższym wrogą kończyny. Po chwili walki, umarłych zaczeło przychodzić coraz wiecej, i więcej z różnych zakątków Bloku, mimo że sporo padło, walka by ich wymęczyła i wreszcie mogli by ulec. Cała czwórka zgodnie postanowiła schronićsię w głównym budynku i pognała tam czym prędzej, oczywiście wszkrzeszeni ruszyli za nimi. Jedi i sithka wpadli do budynku, natychmiast próbowali zamknąć wejście, ale drzwi się zacieły. Umarlaki próbowały się wedrzeć kilka z nich nawet pochwyciło jedi, lecz reszta za pomocą mocy zatrzasłą w porę wrota nim truposze zdąrzyły wyrządzić im krzywdę. Wszyscy na chwilę odetchnęli, W środku byli na pewno bardziej bezpieczni niż na zewnątrz. Umarli walili w grodź, drapali, ale bez skutku. Jedi i sithka, doszli do tymczasowego porozumienia, do czasu odnalezienia źródła tego fenomenu, wszyscy zawieszają broń. Tak też się stało i wspólnie podążyli w głąb kompleksu. Napotkali kilku zombie z którymi szybko sięrozprawili, gdy dotarli do zabarykadowanych drzwi, za którymi znajdowali się żywy republikański personel więzienia. Na wieść o jedi, pracownicy szybko się odbarykadowali i z ochotą powitali jak by się mogło wydawać ekipę ratunkową. Jedi oznajmili cel ich wyprawy tutaj, republikańscy żołnierze byli zmieszani, z jedne jstrony przyybli jedi aby ich przy okazji uratowac, a z drugiej chcieli dotrzec do celi ktora jest przekleta i jest sprawcą tego całego zajścia z powstającymi z grobu. Na dodatek, utknęli tu wszyscy, gdyż główne wyjscie oblegane jest obecnie przez tłum żywych trupów. Mimo wszystko żołdacy pomogli ekipie i wskazali im windę która prowadziła do części kompleksu, gdzie znajdowałą się cela nr 2XX.
Dotarcie do sektora odbyło się bez wiekszych kłopotów, z wyjątkiem braku zasilania w połowie drogi, przez co załoga musiała pokonać resztę drogi wspinając się po szybie, jednak udało się dotrzeć do celu.  Sektor A, cześć przeznaczona dla ekstremanych więźniów, upadłych jedi, i pojmanych Sithów, a także tajemnicze dwie cele. Jedna z nich to cela 203 i 207.  Erun nagle przypomniał sobie coś z przeszłości...cela 203, to miejsce, był tu już kiedyś ze swoją mistrzynią, po Lorda Thradeusa, on, on opowiedział mu o celi 203. Cela ta wzbudzała strach w sercu Lorda sithów, a to nie wróźyło nic dobrego. Do tego doszła cela 207 z której faktycznie emanowała aura zła. Na razie nie ruszając wspomnianych cel, postanowiliśmy zobaczyć kogo tutaj trzymają, być może pomoze nam rozwikłać sprawę co tu się tak naprawdęstało i jak rozprzestrzeniłosię to szaleństwo i zaraza. W jednej z cel napotkaliśmy Lorda sithów, nie przedtawił się, ale i nei zareagował agresywnie, wytłumaczył nam, że pewnego dnia żołnierze w obstawie jedi przynieśli tutajzahibernowane ciało i wsadzili do jedne jz cel, po jakimś czasie wszyscy więźniowie w około tejże celi zaczel iwariować, ażdoszli do momentu, że zaczeli sięnawzajem zabijać. Potem, potem martwi zaczeli wstawać i zabijać jeszcze zyjących. Lord ochoczo wskazał nam cele do której republika wsadziła owe zahibernowanego więźnia, ale przestrzegł żeby pod żadnym pozorem nie otwierac celi obok. Jedno potężne zło to i tak zbyt wiele jak na to miejsce. Zaciekawiona Rose jednak pokwapiła się by dotknąć drzwi zakazanej celi 203, co ją drgńęło, co widziała i słyszała, tegosię nie dowiemy, tak czy inaczej i ona zrezygnowałą z prób jego otwarcia. Podeszliśmy wszyscy jednak do naszegocelu, cela 207. Otworzyliśmy drzwi i naszym oczom ukazał się...portal. Wszyscy popatrzyli tylko po sobie, była chwila zwątpienia, ale wszyscy wiedzieli, że muszą tam wejść, cokolwiek tam było, musieli to zniszcyć.
Wszyscy przeszli przez portal, a ich oczom ukazał się neiznnay krajobraz i jakaś obca świątynia, w niczym nie przypominająca te które już widizeli, jedno było pewne, na pewno nie byli już na Belsavis.
Smiałkowie po krótkiej drodze, doszli do swiątyni, była ona otwarta, nie miała drzwi a wejście zwieńczał portal, ostrożnie weszli do środka.
Wewnątrz świątyni rozpościerała się duża sala z wieloma odnogami, na środku której spoczywał jakiś monument, kiedy śmiałkowie podeszli do monumentu, ten zarezonansował i rozległ się jakiś głos w nieznanym im języku. Wszyscy dla bezpieczeństwa wyciągneli broń, po chwili w rogach Sali zmaterializowały się cztery bestie: Rancor, Kintan, Voranticus i Nexu, każdy rzuciłsię na swojego przeciwnika, po krótkiej walce, został tylko Erun i jego bestia z którą padawan nieradziłsobie zbyt dobrze. Przy pomocy Arika i Talyma, po chwili bestia padła martwa i jak pozostałe rozmyłą się czarną mgłą. Monolit zamilkł a dotąd zamknięte przejścia otworzyły się otwierając drogę w głąb świątyni.
Ekspedycja postanowiła najpierw zbadać boczne komnaty, tak więc udali się do pierwszej komnaty od prawej, gdy weszli do środka ujrzeli małą salę z dużym zielonym trójkątnym holokronem usytuowionym na samym środku. Holokron był sporych rozmiarów, i od razu wszyscy wyczuli jego złowrogą moc. Jedi ostroznie podeszli bliżej, Rose zrobiła to śmielej i podeszła do samego holokronu, kładąc na nim dłoń. Rose skupiła się na chwilę po czym odchodzi od holokronu, ostrzegając jedi, że nie warto tego ruszać i powinni iść dalej. Udali się do przeciwległej komnaty, była zupełnie inna jakby nie pasująca do całej architektury, tutaj znajdowała się piękna sadzawka w otoczeniu mnóstwa roslin, panowała tu spokojna i sielankowa atmosfera, dookoła można było wyczuć jasnąstronę mocy, co trochę zgorszyło Rose. Wszyscy podeszli bliżej sadzawki, gdy przed nimi ukazały się dwie tajemnicze postacie. Były to sylwetki młodego rodzeństwa, bo podobieństwo było dość uderzające, przedstawili się jako Esther i Xelos, mieszkańcy tajemniczej planety Abshai, gdzieś w nieznanych rubieżach kosmosu. Jedi i Rose uważnie obserwowali parę, gdy chłopak przystapił na przód i zaczął mówić:
Urodziliśmy się na planecie Zasayalos, w ludzkim plemieniu ludu Abshai, ludu który wierzył w prawdawnych bogów zamieszkujących ich rodzimy świat. Najważniejszymi bogami w ich wierzeniu był Sol'dat bóg słońca, ten który powouje świat do życia i  Monra bogini księżyca, ta która przynosi kres wszystkiemu. Życie i śmierć.
przybyliśmy na świat w trudnych warunkach, na niebie i ziemii nic nie zwiastowało, że będziemy kimś szczególnym, była to jedynie księzycowa noc. Pierwsza przyszła na świat moja siostra Esther, potem ja, lecz ze mną był problem przy porodzie, pępowina zawinęła mi się w okół szyi i zaczeła mnie dusić, akuszerka stara Zandala, wzieła nóż i uwolniła mnie z uścisku, tak przyszedłem na świat. Nasze zycie było proste i szcześliwe, otoczeni dziką nieujarzmioną naturą, korzystalismy w pełni z tego co dawali nam bogowie, do czasu, gdy nasz świat najechało wrogie imperium, które zniewoliło nasz lud. Próbowalismy stawić opór, ale przeciwnik dysponował technologia o jakiej nam się nie śniło, oraz posiadali boską moc, jaka była porównywalna z naszymi bogami. Moja siostra została pojmana a ja uciekłem w głąb planety wraz z garstką wojowników. najeżdzcy wzieli cały nasz lud w niewolę i wcielili nasz świat do swojego dominium, a ja i pozostali wojownicy Abshai uciekaliśmy miesiącami chowając się w najdalszych zakątkach planety. Pewnegorazu dotarliśmy do świątyni położonej na bagnach, była stara, dziwna i o dziwo nie zniszczona upływem czasu, nie mielismy wyjścia, wróg siedział na nam na ogonie, musieliśmy do niej wejść. W środku było mroczno i ponuro, filary ozdobione były rycinami przedstawiającymi różnorakie potowry nie z tego świata, nikogo w niej nie było mimo to czuliśmy, że nie jesteśmy w niej sami. Po pierwszej nocy zaginęło bez sladu dwoje z naszych, po kolejnej nocy zaginęło kolejnych trzech, trzeciej nocy postanowiliśmy uciec, lecz gdy mielismy przekroczyć próg świątyni ta zatrzęsła się a jej wrota same się zamknęły. Wtedy za naszymi plecami pojawili się nasi zaginieni towarzysze, lecz już nie byli nimi, wyglądali jak martwi, jak upiory skażone jakąś fioletową mocą. Rzaucili się nanas, wywiązałą się walka, wszyscy próćz mnie zgineli, a napastnicy klilka chwil po zabiciu zaczeli ponownie wstawac, wstali także moi martwi kamraci, byłem już sam. Martwi mieli na mnie skoczyć i rozszarpać, gdy nagle staneli jak wryci a przede mną ukazała się postać mężczyzny, był bardzo stary, niemalże wysuszony, miał czerwoną skórę i rogi, oczy miał czerwone jak ogień, wyciągnął do mnie sowją kościstą dłoń i powiedział: podejdź Xerosie, nie przybyłęś tu przypadkowo, twoje przybycie było wyczekiwane. Stnąłem jak wryty słowami starca, chwilę potem, odpędził martwych gestem ręki i zaprosił mnie w głąb świątyni. Nie wiem co mną kierowało, ale bez zastanowienia jakby, poszedłem za nim, nie wiem czy miał już nade mną władze, czy nie, ale poszedłem jak owca na rzeź. Starzec przedstawił się jako Mor'ghul, opowiedział mi, że wie co sięstało i kim sa najeżdzcy, mało tego powiedział, że wie jak ich wypędzić i oswobodzić mój lud. Byłem w potrzasku tak czy inaczej, nie wypuści mnie a ja tu umrę i zamienię się w martwego, wysłuchałem go i jego sposobu na pokonanie wroga. Starzec zaprowadził mnie do małej sali, gdzie na ołarzu spoczywał kielich i  czarna matowa tuba. Powiedział, że jesli napije się z kielicha, otrzymam moc któa pozwoli mi pokonać "bogów z innego świata". Ja nawet nie zastanawiałem siedługo, wziąłem kielich spojrzałem w jego zawartość, która była...pusta, jednak starzec, powiedział, żebym wypił nieważne czy kielich jest pusty czy nie. tak zrobiłem, gdy tylko moje usta dotknęły kielicha poczułem jak coś niewidzialnego spływa mi do gardła, było słodkie jak wino, gdy po chwili poczułem niewyobrażalny ból, jakby ta niewidzialna ciecz paliła mi trzebawia od środka. Nie pamietam jak długo wiłem się w bólu, ale ostatnie co pamiętam to fiolet zalewający mi oczy. ocknołemsię, nie wiem ile dni leżałem ani co się w tym czasie ze mnadziało, jednak świątyni już nie było, bagno było puste, a ja czułęm się inaczej, myślałem inaczej, wnet mimowolnie uniosłem dłoń, mimo, iż nie chciałem, a jedno z drzew w bagnie uniosło się same. Dostałem potęgę, ale z nią coś jeszcze...Bez wahania ruszyłem z powrotem do domu, obdarzony nową mocą stawiłem czoła pozostałością armii wroga, i bez najmniejszego problemu wyciołem ją wpień. Czarna tuba która leżałą obok kielicha a któraznalazła się przy poim pasie, okazała się mieczem, mieczem który teraz siekał moich wrogów jak liście. Czułem potęgę i moc, któa z każdym zabiciem pogrążała mnie ciemności. Każdy zabity wróg wstawał z mawrtwych na moje rozkazy, mimo, iż tego sobie nie życzyłem. Coś co wypiłem powoli przejmowało mojąwolę, i gdy oczyściłęm Abshai z najeżdzców, nie byłem już Xerosem, byłem kimś zupełnie innym. Krótko po wyzwoleniu części moich braci i sióstr, objołem przywódzctwo nad naszym ludem, jednak martwi których wskrzeszałem odstraszyli moich ziomków i Ci postanowili mnie opuścić, uznając za potwora. Zabiłem ich więc i uczyniłem częścią mojej armii. Używając statków przybyszów i ich samych jako załogi ruszyłem w kosmos odbić moją siostrę, nawet nie będąc już w pełni sobą pamietałem o niej, więź łącząca bliźnieta i nasze uczucie było silne. Uwolniłem ją na planecie Adonau, jednak gdy Esther zobaczyła kim sięstałem odtrąciła mnie i wraz z resztką ludu Abshai uciekła w nieznane. Wpadłem we wściekłość, poprzysiągłem jej, że nie spoczne dopóki jej nie znajdę i się z nią nierozprawię za to odrzucenie, ale najpierw musiałemzrobić coś jeszcze, pokonać wroga. Kontynuowałem swoją ekspancję na inen światy, zdobywałem planeta po planecie, a każdy kto mi się przeciwstawiał stawałsię nieumarłym sługą. Lata mineły gdy spotkałem Esther poraz kolejny, tym razem stała na czele ludu o złotych oczach i wypowiedziałą mi bitwę. Walczyliśmy na moimstatku, na mostku, ona również zdobyła moc, ale inną niż ja, była dobra i czysta, walczyliśmy długo gdy moje serce przeszył zwykły żelazny nóż owinięty skórą, wnet cała moja moc niemalże odeszła, a dusza wylatywała ze mnie powoli, umierałem. Ja bóg śmierci, umierałem. Pytałem się jak?, dlaczego? Esther spoglądała na mnie z żalem. "To niemożliwe - krzyczałem. Esther podeszła do mnie i uklęknęła obok. "To sztylet który sprowadził Cie na świat braciszku, i ten sztylet jest w stanie również Cie uśmiercić.  Na odległej planecie poznałam wieszczkę, ona powiedziała mi o tym jakie zło mieszka teraz w tobie, i jak można go pokonać." wrzeszczałem ze żłości, jednak nie umarłem, a mój duch uleciał w nieznane przysięgając zemstę na Esther i jej ludowi.

Drużyna opuściła komnatę i natrafiła na ciężkie, inkrustowane wrota, a których było wypisane coś w nieznanym dla Jedi języku. Ku ich szczęściu Rose potrafiła rozszyfrować dany zapis i zakomunikowała, że do ich otwarcia potrzebna jest krew niewinnej istoty. Oczywiście nikt nie wątpił w to, że tą istotą miał być Erun. Młody Padawan zapytał swojego Mistrza o pozwolenie i wtedy nawiązała się intensywna dyskusja wynikająca z podejrzliwości co do działań Sithanki. Po dłuższej rozmowie i kilku obelgach Erun naciął swą dłoń i przyłożył ja do wrót. Te otworzyły się i ukazały ukryte za sobą schody. Wyprowadziły one grupę ze świątyni. Z wyjścia był poprowadzony potężny most, na środku którego stał równie mocarny droid. Jego wielkość wynosiła kilka pięter. Dzierżył ogromną pikę świetlną i wydawał się być przeciwnikiem nie do pokonania. Jego aktywacja jednak zmusiła śmiałków do chwycenia za broń. Użytkownicy Mocy odpalili miecze świetlne i z odwagą stawili czoła droidowi. Na moście znajdowały się również różne urządzenia a w tym – łazik, którego po chwili zajęła Rose. Rycerz Hodim Tasses i jego Padawan Erun Koth odwracali uwagę mechanicznego potwora, stawiając czynny opór. W tym wszystkim wytrwale walczyli o swoje życie. Erun, odrzucony stalową łapą, prawie wypadł z mostu. Jedynie chwycenie się jego krańca pozwoliło mu wrócić do walki. Wtedy dostrzegł swojego Mistrza złapanego w mocnym, żelaznym uścisku. Sytuację uratowała Rose, która, po rozpracowaniu mechanizmu łazika i całej technologii wraz z Catharem Qrado, wystrzeliła rakiety w ciało blaszaka. Atak ten wyzwolił Hodima, który wraz z resztą Jedi zniszczył cylindryczne kopuły odpowiedzialne za zasilanie droida.
Gdy strażnik mostu został zniszczony, śmiałkowie ruszyli dalej. Natrafili na przytłaczającym swym rozmiarem sferę i kolejnego droida strażnika, który swoją prezentacją przypominał kobietę. Zadała im ona tylko jedno pytanie: czy chcą zostać w umyśle Xerosa i powstrzymywać go od środka, czy chcą się wydostać…
Mistrz Qrado:
"Gdy wszedles do sfery, otoczyla Cie ciemnosc, gdy po chwili rozswietlil sie i znajdujesz sie na polanie , jest dzien, swieci mocno slonce, na trawie siedzi jakas zakapturzona mala postac, nad nią stoi stary Cathar i chodzi w okol mlodej osoby pouczajac ja." PO krotkiej lekcji mloda osoba wstaje a stary mistrz kladzie mu dlon na ramieniu i mowi: Jestes gotowy, przedstawilem Radzie twoja sytuacje i dopuscili Cie do prob na rycerza, nie moglbym byc bardziej dumny szkolac Cie, idz, twoja droga rycerza czeka, nie zmarnuj jej - mistrz sie usmiechnal, a mloda postac poszla. Gdy tylko mloda postac zniknela za skrajem polany stary mistrz upadl na ziemie, wypluwajac z ust krew
Spojrzal po swoim wylinialym od wieku futrze: Stary Qrado, chyba przyszla na ciebie pora, co ? - zapytał mistrz sam,siebie. - Na szczescie nie zauje niczego, przezylem wiele wiele lat, i przezylem tez wielu swoich przyjaciol. To ostatni uczen/uczennica jakiego wyszkolilem, teraz moge odejsc w spokoju. Jestem pewien ze zmieni galatyke na lepsza - tu mistrz sie polozyl i popatrzyl w niebo. -Jaki piekny dzien na zlonczenie sie z moca prawda? Stary mistrz zamknal oczy a na jego pyszczku widnial usmiech zadowolenia i ulgi, po czym zniknął*
Po chwili caly obraz zniknal i stanoles przed lustrem, przed ktorym stala kobieta android: To wyjscie prowadzi na zewnatrz, jednak masz jeszcze inne wysjcie. Jesli tu zostaniesz bedziesz mogl walczyc z zaraza od srodka, zmagac sie zjego ciemnoscia tutaj by pomoc swoim przyjaciolom ktorzy beda musieli sie zmierzyc z nim tal - wskazala na lustro portal" CZas decyzji Mistrzu Qrado.
- chcę pomóc – rzekł mistrz Jedi
Wiesz co to technicznie oznacza? ze zostaniesz w umysle Zarazy do konca jego albo twojego. wsensie bedzieszz nim walczyl i tysiacami dusz ktore pochlonal, albo wyjdziesz i bedziesz walczyl fizycznie zn im. Wiec zostajesz czy idziesz do swiata fizycznego? - ta decyzja jakby zablokuje ci postac co nie w rp wiec pisze jakie sa tego konsekwencje co nie .
- zostaje – rzekł pewnie Mistrz Qrado.


Hodim:

"Wchodzisz do sfery widzisz ciemnosc i jakby klisze filmowa na ktorej sa rozne obrazy, mysli, wpsomnienia i klisza zatrzymuje sie na jednym obrazie ktory sie powieksza, po chwili jestes jego czescia"
"Dostrzegasz Lasy valirii i lake na ktorej zaparkowany jest jakis statek, ze statk uwychodza dwie postacie, jedna mload druga wyzsza istarsza "
"Widzisz Arduna i jakiegos mezczyne w czarnym stroju, chlopak zwraca sie do niego mitras"
<Ardun> masz wszystko co potrzebne ?
<Mitras> oczywiscie. Ardun sluchaj, po co ty to robisz? wiesz ze nie musialem po ciebie przylatywac prawda?
<Ardun> "Spojrzal na MItarsa" Nie musiales? To jedyne wyjscie, poza tym jak nie przyjdzie po mojego brata to przyjdzie po twoje dzieci, a tego byc nie chcial, dlategoz reszta tu przybyles i od razu sie zgodziles na to.
Mitras zamilkl na chwile
Ardun i Mitras poszli gdzies w glab lasu gdzie czekal na nich...oltarz, kamienny oltarz, niemal identyczny jak ten na rakkata prime. Ardun polozyl sie na nim, a mitras wyciagnal z pod pazuchy rytualny sztylet
<Mitras z lekkim wahaniem> Na pewno tego wlasnie chcesz?
<Ardun pelen konsekwencji> Tak, nie mam wyjsca, albo ja albo Erun i cala pieprozna galaktyka
<Mitraszatroskany> A jak Ci sie nie uda?
<Ardun> To zginę.
<Mitras> Dobrze. * Mitras skupil moc, a jego oczyzaplonelu czerwonym blaskiem, niebo po chwili zaciemnialo a z jego ust wydobywal sie jakis starozytny jezyk. Blyskawica przeszyla niebosklon a chmury zebraly sie nad nimi o barwie fioletu i krwi*
Mitras uniosl szytlet nad ciualem chlopca i wbil mu szybki mruchem rpsoto wserce. Z ust Arduna pociekla krew, i po kilku chwilach zatrzymal sie dech, nastala cisza. nagle cale skumulowane chmury spadly na ziemie, materializujac mglista forme Zarazy - Xelosa, po czym duch podszedl do Arduna i mitrasa.
Xelos Kiwnal glowa do mitarsa po czym wszedl wcialo Arduna
Ardun sie telepal, po czym zastygl i otworzyl oczy po kilku chwilach, wstal jakby nigdy nic, mitras patrzyl sie zdziwiony i jednoczesnie przerazony*
*Usta Arduna sie otworzyly i chcialy cos powiedziec, po czym ryknal rozdzierajac swoje gorne ubranie*
Twoim oczon ukazala sie bobma przyczepiona do serca Arduna, chlopak wyciagnal z kieszeni detonator
<Ardun> jesli to Cie nie abije, to wysle Cie z powrotem do otchlani, zata potezna rane po ktorej predko sie nie wylizesz, da to mojemu bratu i innym czas na zniszczenie Cie !!! Gin ! - Ardun naciska na przycisk, gdy.... jego reka i palce dretwieja
Ardun patrzy w strone mitarsa i widzi jego wysunieta dlon w jego kierunku, w jego oczach mitras dostrzega takie blagalne: Dlaczego ?!
Mitras bez slowa wyrywa mu moca detonator, a Ardun po chwili pada na kolana pod wplywem przejmujacego jego umsyl Xelosa - zarazy
kilka chwil pozniej Ardun wstaje, a jego oczy sa czerwone jak u sitha*
<Ardun zaraza> Dobrze sie spisales moj slugo, w nagrode dam ci to czego chciales, bezpieczenstwo twoich dzieci, byles madry a teraz mozesz ojdesc, spelniels swoja role. Teraz ! Ardun unosi rece w powietrze porana zemste moi kochani Valirianie, siostro...HAHAHAHAHAHAHAHAAA (opentanczy smiech)* - wizja sie urywa a ty stoisz przed lustrem i tą kobieta Androidem
"Kobieta android: zobaczyles to co sie stalo, mozesz to powstrzymac a przynajmniej probowac. Jesli tu zostaniesz mozesz go zwalczac od srodka, jesli jestes na tyle potezny nawet wplywac najego mysli i poczynania, wybieraj, wolnosc czy proba pokonania go wewnatrz jego umyslu)
Hodim nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią. Czuł, że walka z Zarazą jest jego przeznaczeniem. Najpierw zniknięcie jego mistrza - Crandyrra - później podążenie jego śladami na Shili i poznanie przyczyny zachowania tego Jedi. Tam powstrzymał swojego wroga od dalszego niszczenia togrutańskiego świata, pozbawiając Mistrza Jedi życia. Do tego pod jego ręce trafiła osoba, która była idealnym ciałem dla tego mrocznego bytu. To wszystko nie mogło być przypadkiem. Jeszcze to... Dla Hodima było pewne, że wydarzenia te są wolą Mocy i musi nimi podążać, by spełnić swój obowiązek członka Zakonu. Krocząc ścieżką jasności, odpowiedział pewnie:
- Zostaję- odparł pewnie Hodim.

Rose(tajemniczy sith):
"Twoim oczom ukazuje sie postac Xelosa mlodego wojownika, tegosamego ktorego widziales wczesniej, Zarazy, ubrany jest w czarna szate z kapturem i widzisz jak przemierza jakas pustynie. Mija stare grobowce, zabija Tukaty ostrzem o szkarlatnym rdzeniu, gdy staje przed masywna troche podniszczona konstrukcja, zdejmuje kaptur i widzisz twarz kogos innego, to jakis mlody chlopak, przypomina Ci... Eruna tego padawana jedi ktory tu jest z toba, ale wyglada inaczej, jego oczy, oczy sa krwiste a twarz popekana.
Postac spoglada na budowle - to swiatynia sithow na Korriban. Usmiecha sie ywpowiada slowa: rzadzilem tym imperium tysiace lat zniewolilem ten lud, Korriban bylo moja korona, Korriban bylo moim krolestwem i placem treningowym, pora aby wrocilo do mnie prawda? Mistrzu? - tuspojrzal jakby w niebo. Po czy mzalozyl kaptur i wszedl do srodka.
Po drodze widzisz jakis sithow zolnierzy, wszyscy proboja go powstrzymac on jednak kroczy spokojnie, a kazdy kto sie do nirego zbliza pada po chwili martwy, dociera do sali mrocznej rady, gdzie po krotkiej walce zabija obecnych tam sithow i zasiada na tronie
"To moje krolestwo!" po czym obraz oddala sie az do orebity Korriban gdzie Aleniss dostrzega setki okretow wojenyymch roznych nacji Imperium mandalorian republiki jedi i huttow.
"Jesli chcesz go powstrzymac, zostan tutaj, badz czescia jego jazni mozesz go zwalczyc od srodka, bedzie to powolne ale mozliwe - decyduj "
- wychodze z tąd – odparła Rose.

Z tego świata wyszli tylko Erun i Rose. Oboje poszli w swojąstronę bez słowa, Erun udał się dostatku i odleciał z tąd jak najszybciej, gdzie udała się Rose – tego nie wie nikt. Erun przez całądrogę do domu nic nie mówił, włączywszy autopilota skulił się w fotelu pilota i tak całą drogę.
avatar
Norrin'rad
Zarząd Tarczy
Zarząd Tarczy

Liczba postów : 60
Join date : 21/02/2015
Skąd : Republika

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach