Ohadi

Go down

Ohadi

Pisanie by Talym on Sob Sty 28, 2017 7:58 pm

OOC: Jest to kontynuacja wątku, który zaczął się podczas epizodu VI. Jeżeli ktoś go ominął, podaję link - Ohadi

Hodim

Słońce niedawno wzeszło, czego dowiedzieliśmy się od odsypiacza: Togrutanina chodzącego z hałasującym pudełkiem zawieszonym na długim kiju. Taki odsypiacz podchodzi do każdego domu i zakłóca sen tak długo, aż domownik nie zapuka w drzwi wejściowe i w ten sposób da znać, że wstał. Jest to bardzo pomocne ze względu na korony drzew rzucające cienistą powłokę na Ohadi.
Dotarliśmy do pałacu. Budowla była zachwycająca. Szerokie, kamienne schody prowadziły do ozdobnego wejścia. Środek był wyłożony jednymi z lepszych dywanów, jakie widziały moje oczy. Mistrzowsko wygładzone ściany spoglądały na nas z każdej strony, a żyrandol z naświetlonego, błękitnego kryształu umilał nam czekanie na posiedzenie Rady: Rady, która siedziała koło nas i spoglądała co chwilę w naszą stronę, rzucając przeróżne, nieznane nam komentarze.
Krótka rozmowa z Erunem i nagle rozległ się dźwięk trąby. Wszyscy ruszyliśmy do sali. Jest to okrągłe pomieszczenie. Na jego środku znajdował się drewniany, ozdobny piedestał. Zwisały z niego łańcuszki podobne do tych, które nosili Togrutanie. Całość otaczał krąg szesnastu krzeseł. Tylko dwa były puste, gdzie jedno należało do mnie - Radnego Ohadi. Drugie miejsce należało do starszego Togrutanina z solidną, drewnianą laską w ręce, który stał przy piedestale. Jego skóra miała jasny fioletowy kolor, a montrale były błękitne: król Musaa. Po lewej stronie jego miejsca siedziała Zahsa, a po prawej książę - potężniejsza i młodsza kopia króla.
- Witaj, Hodimie - powitał mnie Musaa łagodnym tonem, lecz dało się usłyszeć w jego głosie stanowczość, może wynikającą z rangi. - Proszę, usiądź.
Zająłem swoje miejsce, a król zastukał laską dwa razy o kamienną płytę pod jego stopami. Dźwięk rozległ się po całym pomieszczeniu, co poszło echem po ścianach. Laska ta jest przekazywana władcom wioski, a jej pierwszym właścicielem był Togrutanin, który założył to miejsce i na cześć którego nazwano naszą dotychczasową ostoję spokoju.
- Rozpoczynam posiedzenie Rady Ohadi - oznajmił Musaa silnym głosem, po czym odchrząknął. - Na początku zajmiemy się mniej poważną sprawą - Hodimem i jego nowym towarzyszem. Jak wszyscy wiemy...
- Wnoszę o wydalenie człowieka z wioski i egzekucję Hodima Tassesa - Zahsa przerwała królowi bez żadnego pohamowania, a jej głos brzmiał mocno i wyrażał jej zdeterminowanie. Znała swoją wartość w tej wiosce i sprytnie ją wykorzystywała. Nagle jej palec wskazał na mnie. - Ta dwójka sprowadza na nas nieszczęście! Wszyscy dobrze wiemy, z czym to się łączy. - Spojrzała po wszystkich Togrutanach.
- Proszę, nie możemy działać tak pochopnie - król próbował opanować sytuację.
Widziałem, jak Erun milczał i tylko mierzył Zahsę. Jej zachowanie nie podobało się każdemu, ale sprzeciwianie się jej...
- Tablica już dawno to przewidziała! - kontynuowała swoje wywody. - Czy nie mam racji? - Spojrzała na starszą Togrutankę, oczekując odpowiedzi, a ta udawała niewinną. Rozwścieczyło to Zahsę na tyle, że po raz kolejny usłyszałem jej warknięcie. - Wizja mówi jasno o dwójce Jedi - Togrutaninie i człowieku. Wszystkie wydarzenia, do których ostatnio doszło, są tylko kolejnymi znakami!
W tym momencie król podtrzymał się o laskę obiema rękoma, a książę podszedł do niego i zapytał się o stan swojego ojca.
- Spójrzcie tylko - wycedziła przez zęby Zahsa. - Potężne stworzenia wkraczają na nasz teren... Roślinność nie chce rosnąć... A choroby rozprzestrzeniają się szybciej niż kiedykolwiek!
- Powinniśmy znaleźć Zarazę - rzucił opancerzony Togrutanin, siedzący na jednym z krzeseł. Był to Vavron, dowódca elitarnego stada.
Król Musaa uspokoił swojego syna i zwrócił się do wszystkich: - Jak wiemy od Hodima Tassesa, tablica przestała działać. Jeżeli chcemy uratować wioskę Ohadi, musimy jak najszybciej podjąć odpowiednie działania. Dobrze, a więc głosowanie: kto jest za wysłaniem Togrutan na zbadanie tej sprawy?
Wszyscy oprócz Zahsy unieśli ręce. Wtedy i ona zabrała głos.
- Zapomnieliśmy o nich. - Wskazała na mnie. - Kto jest za uśmierceniem Hodima Tassesa i wydaleniem człowieka?
Nawet nie zwróciłem uwagi na głosowanie i wstałem z krzesła, zabierając głos.
- Zgłaszam się na ochotnika.
Dopiero w tym momencie zauważyłem, jak Rada w zdziwieniu zaczęła opuszczać dłonie. Ich szepty w języku togruti rozeszły się w oka mgnieniu.
- Ja również się zgłaszam - powiedział z ogromną pewnością siebie książę.
Król zamknął na moment oczy i odwrócił się do niego.
- Synu, nie musisz tego robić... - stwierdził słabo.
- Musimy za wszelką cenę powstrzymać Zarazę. Inaczej wszyscy zginiemy i każdy z nas dobrze o tym wie.
- Ja pomogę Hodimowi - odezwał się z końca sali Erun, co było zaskoczeniem dla obecnych i zapewne zniewagą dla niektórych. - Jestem wam to winny.
Król szepnął coś do księcia i kiwnął mu głową.
- Przez rok wasza planeta jest i moim domem - ciągnął padawan. - Dobrzy Togrutanie ukryli mnie przed Zakuul. Jestem wam coś winny, prawda?
Próbowałem uspokoić go gestem dłoni, ale w efekcie Erun jedynie rzucił mi zdecydowane spojrzenie. Już wiedziałem, że podjął decyzję.
- Spokojnie, Hodimie. - Musaa próbował opanować sytuację. - Niech chłopak mówi. Jestem królem, ale jeżeli stoi przede mną Jedi, to pierwszą osobą, która powinna się ukłonić i pytać o zgodę na jakiekolwiek słowo, jestem ja.
- Tak jest, królu - odparłem, pochylając głowę.
- Jedi, Togrutanie się tobą zajęli, ale to nie była nasza wioska. To nie nam powinieneś spłacać dług.
- Królu - kontynuował Erun, kłaniając się - chciałbym wziąć udział w tej wyprawie, aby zadośćuczynić dobroci, jaka spotkała mnie z rąk waszego ludu. Czy to wasza wioska, czy też nie, królu, czuję się zobowiązany, ponieważ problem dotyczy wszystkich, a nie tylko tej osady.
Nie potrafiłem w tym momencie ukryć swojego uśmiechu. Erun był padawanem, który zadziwiał mnie coraz bardziej.
- To bardzo miłe z twojej strony... - stwierdził król. - Mógłbyś podejść bliżej i się przedstawić?
- Co jest w tym miłego, że... - zaczęła wykrzykiwać Zahsa, ale Musaa uciszył ją ręką.
Erun podszedł do króla i ukłonił się mu jeszcze raz, po czym się przedstawił: - Nazywam się Erun Albert Koth i jestem padawanem Zakonu Jedi na banicji.
- Erun... - powtórzył pod nosem Musaa. - Czy w takim razie, Erunie Albercie Koth, padawanie Zakonu Jedi, jesteś pewny tego, co chcesz uczynić?
- Zakon Jedi strzeże sprawiedliwości i pokoju od tysięcy lat. Niedyspozycja Zakonu nie zwalnia jego członków od obowiązków. Ja nawet jako padawan Zakonu jestem jego częścią i pełnoprawnym członkiem. Decyzję podjąłem już w momencie, gdy wstał mistrz Hodim.
Podszedłem do niego i szepnąłem mu: - Jestem z ciebie dumny.
- Dzięki, mistrzu - odparł Erun.
- Dobrze... - zaczął Musaa. - W takim razie...
- Sprzeciw! - krzyknęła Zahsa, ponownie przerywając królowi. - Skąd mamy mieć pewność, że ten człowieczek podoła wyzwaniu? To, że jest Jedi, jeszcze niczego nie oznacza. - Rzuciła Erunowi spojrzenie, które zapewne wystraszyłoby niejedną zwierzynę, a ten nawet nie odwrócił wzroku.
- Królu, możemy to łatwo sprawdzić - oznajmiłem.
- Co masz na myśli, Hodimie Tasses?
- Polowania.
- Polowania? - zapytała Zahsa, śmiejąc się przy tym. - Ten człowieczek nawet za nami nie nadąży, nie mówiąc już o przetrwaniu - rzuciła do wszystkich z rozłożonymi rękoma. - Może zaczniemy wysyłać niemowlęta? Efekt będzie taki sam.
Starsza Togrutanka wstała z krzesła i uniosła rękę.
- Ja się zgadzam - stwierdziła skrzekliwym głosem. - Oczywiście na to pierwsze... Nie na niemowlaki - dorzuciła po chwili.
Za nią zaczęła wstawać reszta Rady Ohadi, aż utworzył się krąg stojących Togrutan z uniesionymi w górę rękoma. Nawet książę uniósł dłoń.
- Przegłosowane - podsumował Musaa i stuknął swoją laską dwa razy o kamienną płytę. - Posiedzenie ogłaszam za zakończone.
Nie trzeba było długo czekać na to, aż oburzona Zahsa wyjdzie z sali. Reszta Togrutan wyszła chwilę po niej. Zostałem tylko ja z Erunem, królem i księciem, który wyciągnął rękę do padawana i przedstawił się.
- Książę Tonee. Miło mi ciebie poznać, Jedi.
Młodzieniec odwzajemnił uścisk i lekko się ukłonił.
- Miło mi poznać, wasza książęca mość.
- Od teraz tworzymy drużynę - mrugnął do Eruuna Tonee.
- Proszę zrozumieć jej zachowanie - powiedział król, opierając się o swoją laskę. - Sporo przeszła i po prostu chce jak najlepiej dla naszego plemienia. Ja jestem król Musaa. Mi również jest miło ciebie poznać. - Tylko kiwnął głową. Zapewne wolał nie puszczać swojej podpory.
- Cała przyjemność po mojej stronie, królu Muusa - odparł Eruun. - A towarzyszenie księciu w wyprawie będzie wielkim zaszczytem.
Starzec uśmiechnął się do niego słabo.
- Będziesz musiał się bardzo postarać. Wiem, że jesteś Jedi, ale nawet Hodim Tasses nie dorównuje w polowaniu księżniczce Zahsie Lakaar, która z kolei będzie prowadziła polowanie.
- To prawda - potwierdziłem.
Erun, słysząc słowa „księżniczka”, zaniemógł.
- Księżniczka Zahsa jest zaiste wielką wojowniczką, nie zaprzeczam, jednak... Dołożę wszelkich starań, aby spełnić wasze oczekiwania i podołać wyprawie do tablicy i odnalezieniu skażenia.
Król kiwnął głową.
- A teraz pozwólcie, że udam się na odpoczynek.
Ruszył kamiennym korytarzem razem ze swoim synem, który trzymał go pod ręką. Pożegnaliśmy ich słowami i zostaliśmy sami w sali Rady.
- Będziemy musieli spędzić wiele czasu na treningach - ostrzegłem Eruna. - Trzeba będzie cię dobrze przygotować.
- Lubię treningi. Aż tak ciężkie jest to polowanie? - zapytał, jakby nadal nie rozumiał powagi zadania.
- Polowanie samo w sobie nie jest ciężkie, o ile nie staniesz twarzą w twarz z całym stadem akuli w pojedynkę. Gorzej jest nadążyć za Zahsą, a nie nadążenie za Zahsą równa się z wykluczeniem z polowania. W przypadku Togrutan wyklucza się ich jeszcze ze stada... Ciebie nie ma z czego wykluczać - spróbowałem go pocieszyć.
- Szybka jest?
- Wyobraź sobie, że potrafi nadążyć za akulem.
- A co jeżeli pojadę na Akulu?
Uśmiechnąłem się na to pytanie.
- Mówię poważnie - przekonywał mnie. - Tego by się nie spodziewała. Inaczej będę musiał się nabiegać.
-  Już nie będę ci powtarzał, jak...

- Mistrzu?
Hodim siedział w pomieszczeniu, oświetlany jedynie przez stojący przed nim holokron.
- Tak?
- Czas na trening.
Togrutanin wyłączył artefakt, po czym ruszył za Erunem.


Ostatnio zmieniony przez Talym dnia Czw Sty 25, 2018 6:05 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Nie Sty 29, 2017 7:27 pm

Hodim

Zaprowadziłem Eruna do tropikalnej doliny. Otaczał nas rzadki, zielony las i jedynie wydeptana dróżka, na której staliśmy, świadczyła o jakiejkolwiek aktywności istot rozumnych. Cała reszta to była dzika roślinność, nieposkromiona przez żadne siły.
- Co będziemy robić w tym lesie tropikalnym? - zapytał jasnowłosy padawan ubrany w skromne, czerwone szaty. - Lekcję przetrwania?
- Czy lekcję przetrwania...? - zastanowiłem się. - Nie... Coś bardziej podobnego do maratonu. To z pewnością.
- Właściwie po co jest ten mój test, skoro wyprawa dotyczy zbadania tej tablicy?
- To nie tak. Wyprawa dotyczy zbadania sprawy, ale nie zbadamy jej, badając tablicę - wytłumaczyłem, zaciągając się świeżym, wilgotnym powietrzem.
-To co będziemy robić podczas tego dochodzenia? Biegać po dżungli za akulami? Prościej w sumie by było wyzwać Zahsę na pojedynek, skoro chciała mnie sprawdzić.
- Po pierwsze, musimy dotrzeć do źródła Zarazy. Dzięki badaniom udało nam się ustalić, w którym miejscu ona się nasila. To tam prawdopodobnie znajdziemy przyczynę tego. Po drugie, w kulturze Togrutan liczy się jedność. Idąc na tę misję wspólnie, będziemy musieli działać jak zespół i dlatego Zahsa chce cię sprawdzić na polowaniach. W walce jeden na jednego znała by tylko to, jak potrafisz działać w pojedynkę. I...
- I?
- Niewykluczone że Zahsa szuka okazji, by cię ośmieszyć. - Sam się nad tym zastanowiłem. - Teraz rozumiesz?
- To będzie ciężki orzech do zgryzienia - skomentował Erun. - Ona mnie nie cierpi, a tym bardziej nie będzie współpracowała ze mną. Ujmę to tak - ja potrafię się dostosować. Potrafię się zgrać... przynajmniej staram się. Z mistrzynią ćwiczyliśmy to setki razy... Ale z kimś obcym to już inna para butów.
- Otóż to - podsumowałem, ściągając ze swoich montrali pajęczą nić. - A jeżeli chodzi o Zahsę, to masz rację, prawdopodobnie nie będzie chciała z tobą współpracować.
W tym momencie zaszeleściło coś nad nami, w koronach drzew. Chwilę później zeskoczył na ziemię siedmioletni Togrutanin o żółtej cerze i brązowych motralach. Dzierżył w dłoni kij imitujący miecz. Wylądował między mną a Erunem i od razu zaczął się przyglądać padawanowi. Była to ta sama osoba, która machała mi w sali treningowej... Co mogło zaskoczyć człowieka, nieco ponad pięć metrów wysokości nie sprawiło Togrutaninowi trudności i bólu.
- Niezły skok, mały - skomentował Erun.
- Dzięki! - wykrzyknął młodzieniec.
- Witaj, Kota - przywitałem się. Brzdąc jedynie odwrócił głowę i machnął mi szybko ręką. Najwidoczniej mój uczeń bardziej go interesował.
- Śledziłeś nas? - zapytał jasnowłosy.
- Nie, przyszedłem z nim. - Młody Togrutanin wskazał na mnie.
- To jest Kota - przedstawiłem go. - Kazałem mu tutaj przyjść.
Dwójka od razu się polubiła. Przedstawili się sobie, po czym wróciliśmy do tematu.
- Mówiłeś, że Zahsa nie będzie chciała z tobą współpracować - zacząłem. - W takim razie... będziesz musiał współpracować z innymi ze stada.
- Ano! - krzyknął Togrutanin.
- Kota idzie z nami na polowanie? - dopytał z niedowierzaniem Erun.
Założyłem ręce za swoimi plecami.
- Z nami? Nie... z tobą. - Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Jak „ze mną”? To polowanie w parach?
- Nie, nie! - zaprzeczył Kota, po czym zaczął mówić do padawana szeptem, przysłaniając usta ręką tak, bym nie słyszał, aczkolwiek moim montralom i tak to nie uszło. - Chodzi o to, że pan Hodim nie bierze udziału w polowaniach.
Przytaknąłem subtelnym ruchem głowy, kiedy Erun zbliżył się do Togrutanina i odszeptał mu coś. Kota podjął kolejnej próby, bym się nie dowiedział, a wyglądało to tak, jakby się miał zaraz udusić.
- Bo go nie lubią.
- Wiesz że to trochę głupie, bo obgadujemy Hodima i mówimy szeptem, a i tak on stoi dość blisko i pewnie nas słyszy.
Togrutanin był najwidoczniej mocno zdziwiony tą wiadomością, ale nadal nie zmienił sposobu komunikacji.
- Ale przecież mówię szeptem.
- No ja też mówię szeptem - tłumaczył Erun - ale on stoi i tak blisko na tyle, że nas słyszy, więc może go nie obgadujmy, a obgadamy go później, jak sobie pójdzie?
Kota wyglądał, jakby obmyślał jakąś niewiarygodnie ważną strategię wojenną, po czym pstryknął palcami.
- Dobra - zgodził się, odwracając się do mnie. - To co tam? - zapytał, jakby nigdy nic.
- To od czego zaczynamy? - zapytał padawan.
- Najpierw musimy zadbać o twoją szybkość i kondycję. To będzie najważniejsze. Nie mamy pewności pewności, czy uda ci się oswoić akula. Więc jak to u ciebie wygląda?
Kota ze zdziwienia otworzył buzię.
- Jak chcesz to sprawdzić? - próbował się dowiedzieć Erun.
- Oswoić akula?! - nie dowierzał młody Togrutanin.
- Pobiegniesz do końca lasu i z powrotem - tłumaczyłem.
- Gdzie jest meta?
Kota zaczął szarpać Eruna.
- Umiesz oswoić akula? Umiesz? Umiesz?
- Próbuję - odpowiedział mu padawan.
- Eee... - Brzdąc machnął ręką i odszedł.

Po niedługiej rozmowie byli już gotowi. Znali drogę i byli gotowi do wyruszenia. Zanim się zorientowałem, Kota popchnął lekko Eruna i sam ogłosił start. Padawan uśmiechnął się lekko, po czym widząc, jak jego towarzysz wystartował, sam dołączył do biegu. Wspieranie się Mocą... Sprytne.

Zdziwiłem się, kiedy wrócili. Nie spodziewałem się tego, że wrócą tak szybko. Wtedy myślałem, że po prostu Kota nie wytrzymał i dlatego Erun go dźwigał na plecach.
- Już jesteście? - zapytałem, patrząc dziwnie na nich. Wtedy dostrzegłem przerażenie w oczach Togrutanina i umorusane ziemią skrawki ubioru padawana.
- Natknęliśmy się na zarażonego akula - odpowiedział krótko jasnowłosy człowiek.
Nie przewidziałem tego. Zabrałem ich w te tereny, ponieważ byłem pewny, że choroba jeszcze tutaj nie dotarła.
- Sprawy mają się coraz gorzej... - powiedziałem sam do siebie, kiedy Kota schodził z pleców Eruna. - Nic wam się nie stało?
- Jesteśmy cali - odpowiedział padawan.
- Obawiam się, że będziemy musieli zaprzestać trening.
- Trzeba o tym powiedzieć Radzie?
Kiwnąłem głową.

- W tych rejonach jest to zbyt niebezpieczne - próbowałem odsunąć Eruna od jego pomysłu kontynuowania podwyższania jego umiejętności. - Trening możemy dokończyć gdzie indziej.
Rozglądałem się co chwilę na boki, kiedy wracaliśmy do Ohadi.
-  Poza tym, i tak trzeba się dowiedzieć z czym możemy się mierzyć na polowaniu - padawan nie odpuszczał. Nawet moje westchnięcie go nie zniechęciło. - Trenowanie w niebezpiecznym miejscu to chyba dobry pomysł, zważywszy że polowanie będzie jeszcze groźniejsze?
- Obym tego nie żałował - skomentowałem po chwili namysłu. - Zaprowadź mnie do tego akula.

Dotarliśmy na miejsce wskazane przez Eruna i Kotę. Niestety, znaleźliśmy nie tylko martwego akula, ale również ogromnego vorantikusa. Był większy niż te, jakie do tej pory widziałem. Oprócz tego jego skóra była nienaturalnego, mocno szarego koloru. Jego kolce na plecach były ciemniejsze i w większej ilości, a oczy zakrywał w całości czarny kolor. Jedynie bliki pozwalały je dostrzec. Stał on nad truchłem akula i spożywał jego wnętrzności. Wtedy odwrócił się w naszą stronę.
Kota ze strachu przełknął ślinę.
- O, o. - Wskazał na potwora. - Patrzy na nas.
- Myślę, że raczej próby uspokojenia go nie będą skuteczne - zauważył Erun. - Mistrzu, musimy go za wszelką cenę ogłuszyć. Mam pomysł.
- Co proponujesz? - Spojrzałem na niego.
- Kota, ukryj się - zalecił padawan. Togrutanin popatrzył wtedy na mnie. Kiwnąłem mu głową i pobiegł się schować. - Zrzucimy na niego kilka drzew.
To nie był zły pomysł. Mieliśmy pod dostatkiem tyle drzew, że wystarczyłoby na tysiące prób. Erun naciął niebieskim ostrzem swojego miecza pień i za pomocą Mocy popchnął je tak, by skierowało się w stronę vorantikusa. Drewniany bal zaczął wydawać charakterystyczny dźwięk pękania. Chwilę po nim rozległy się kolejne, wywołane przeze mnie. Pale przykryły bestię, przygniatając ją do ziemi. Chwilę później stwór zaczął wstawać spod drzew.
- Coś jest nie tak... - mruknąłem.
-  Jest silniejszy - zauważył Erun, stojąc u mojego boku.
Pnie zsunęły się z niego i po części zostały odepchnięte przez jego potężne łapy. Vorantikus zaryczał do góry tak, że reszta ptaków, która wcześniej nie uciekła przez spowodowany przez nas chaos, zrobiła to teraz.
- Plan „B” - zaproponował padawan - podwójne pchnięcie. Może go zwalimy z nóg.
- Na trzy. Raz... Dwa... Trzy!
Nawet nasza wspólna siła nie była w stanie go powalić. Vorantikus jedynie zachwiał się na swoich grubych nogach, po czym zaczął biec w naszą stronę. Zrobiłem to samo i skoczyłem mu na grzbiet. Stworzenie było sprytniejsze, niż się spodziewałem i gdyby nie pchnięcie Mocy Eruna, zostałbym uderzony przez pazurzastą łapę bestii. Wylądowałem na jej plecach, a padawan zanurkował pod nią, tnąc po kończynach. W tym samym momencie spróbowałem zgładzić bestię, wymierzając cios świetlną klingą w głowę bestii. Vorantikus poruszył się tak szybko, że spadłem z niego. Równocześnie widziałem, jak Erun zostaje kopnięty i tym samym wyrzucony na kilka metrów do tyłu. Zwierzę złapało za drzewo znajdujące się blisko jasnowłosego, młodego człowieka i wyrwało je z ziemi, przewalając na niego. Padawan momentalnie przyciągnął do siebie miecz, który musiał mu wypaść w momencie uderzenia. Drzewo jakby na moment spowolniło, co Erun użył do odskoczenia, a następnie wykonania skoku w stronę głowy Vorantikusa. Wbił się w nią mieczem, co jeszcze bardziej rozwścieczyło bestię, która zaczęła szaleć i kręcić się w kółko, próbując zrzucić łapami intruza. Najwidoczniej ostrze nie wbiło się na tyle głęboko, by uśmiercić potwora. Wtedy ruszyłem mu biegiem na pomoc. Po drodze wyciągnąłem dłoń, by wpadł w nią przyciągnięty miecz świetlny. Zwierzę jakby przewidziało moje zamiary i odrzuciło mnie na bok. Następne, co usłyszałem, to był głośny ryk i odgłos, jak upada coś ciężkiego. Gdy spojrzałem w tamtą stronę, widziałem, jak Erun powoli zmierza w moją stronę, a za jego plecami leży martwy vorantikus.
- Wszystko dobrze? - zapytał padawan.
- Tak... - odpowiedziałem, czując wszechogarniający ból. Dobrze że Shili posiada tak dobrych medyków.
Erun otrzepał swoje szaty z pyłu i spojrzał się na mnie pewnym wzrokiem. Chwilę później podszedł do mnie wyraźnie zmęczony Kota...
Kota...

Poczułem, jak ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu...
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Wto Sty 31, 2017 4:36 pm

Hodim

Erun czekał na mnie przed pałacem królewskim, w którym się spotkałem. Kiedy wyszedłem z niego, promienie słoneczne jeszcze się przebijało przez poddasze z liściastych koron, tworząc w ten sposób widowiskową grę świateł.
- Rada już wie o wszystkim - powiedziałem, idąc przed siebie po kamiennym chodniku.
- Wyrazili pewnie głęboki niepokój - domyślił się padawan. - Oznacza to, że przyspieszą naszą wyprawę?
- Będziemy zaostrzać patrole i wprowadzamy tereny zakazane... Z tego powodu polowania odbędą się jutro.
Widziałem spore zaskoczenie na jego młodej twarzy.
- Jutro?! To naprawdę przyspieszyli. Będziemy mieć mało czasu na przygotowanie.
- Wierzę w ciebie, padawanie Koth. - Posłałem mu lekki uśmiech.
Zauważyłem, że od jakiegoś czasu coraz rzadziej mijaliśmy mieszkańców wioski. Rada wyraziła niechęć do poglądów Zahsy, aczkolwiek jej wpływ na ohadijskich Togrutanów przewyższał w zupełności wszelakie rozporządzenia radnych. Zapewne uwierzyli w zakrzywione legendy i z tego powodu nas unikali.
- A co z Kotą? - zapytał Erun. - On naprawdę będzie ze mną w parze?
- Nie, polowania odbywają się w stadzie. Kota ma zwiększyć twoje szanse.
- Zwiększyć moje szanse, mówisz?
- Dokładnie tak. - Usiadłem na drewnianej, pokrytej ornamentami ławce, spoczywającej przy dróżce.
- Rozumiem, że on jest przygotowany na polowanie.
- Jest w nim ogromny potencjał - rzekłem. - Już był na ośmiu polowaniach i z każdego wyszedł cało.
- Ośmiolatek był na ośmiu polowaniach. Nie cackacie się z dziećmi, widzę.
- Siedmiolatek - poprawiłem go.
- Potencjał to nie wszystko.
- A i owszem, potencjał to nie wszystko. Trzeba go jeszcze umieć wykorzystać i tego go uczę.
- Jedni mają talent, inni nadrabiają go ciężką pracą.  Najlepiej mieć i talent i ciężką pracę. Przygotowanie do podstawa. - Spojrzałem na niego. Wyglądał na zamyślonego. Nie dziwiłem mu się. - Powiedz mi, jak będzie to polowanie wyglądać.
- Zahsa, jako przywódczyni stada, wybierze las, w którym będziecie polować. Będziecie tworzyć niewielkie stado, liczbę ciężko określić. Wchodzicie do lasu i szukacie tropu zwierząt. Łapiecie, zabijacie, wracacie.
- Ile zwierząt mamy upolować i w jakim czasie?
- To nie jest określone. To zależy od przywódcy stada, czyli Zahsy. - Popatrzyłem przed siebie w zieloną przestrzeń, która niosła echem dźwięk opadającej wody. - Możecie polować kilka godzin, a możecie polować cały dzień.
- A na czym polega nasza rywalizacja z Zahsą?
- Po prostu nie możesz się zgubić ani zginąć. Tyle starczy jej i wszystkim innym.
- To nie będzie trudne, przynajmniej to pierwsze. Zginąć na pewno nie zamierzam i nie pozwolę zginąć innym.
Słowa te wywołały na mojej twarzy uśmiech, który po chwili zniknął, kiedy przypomniałem sobie o szczególnym utrudnieniu.
- Erunie, w tych polowaniach jest pewien haczyk. Mianowicie chodzi o pomoc innym. W ich kulturze każdy musi sobie radzić sam. Odstajesz od grupy - wylatujesz. Pomoc innym może zostać dziwnie odebrana i możesz stracić na czasie. Pamiętaj o tym.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale zrobię, co będę musiał. Czasami trzeba podejmować decyzje, których nie chce się podjąć. A co ty będziesz robić podczas naszego polowania?
- Rozejrzę się, sprawdzę pewne miejsca... Postaram się znaleźć coś, co jakkolwiek pomoże w wyprawie.
Gdy tak rozmawialiśmy, przebiegł koło nas zmierzający do pałacu wystraszony Togrutanin. Oboje zwróciliśmy na niego uwagę i stwierdziliśmy zgodnie, że coś jest nie tak.
Kiedy znaleźliśmy się w głównej sali, dostrzegliśmy tego samego osobnika wykrzykującego coś do innego z mojej rasy.
- Poczekaj tutaj chwilę - poprosiłem Eruna i podszedłem do dwójki.
Rozmowa ta, prowadzona w języku Togruti, była mocno nerwowa. Kolejne wydarzenia wywoływały już nie tyle, co niepokój, a złość i przerażenie. Po skończonej konwersacji dwójka ta poszła po schodach na górę, a ja ruszyłem po Eruna i popędziłem go do wyjścia.
Zaprowadziłem go do centrum medycznego. Całość jak zwykle nie była na najwyższym poziomie technologicznym, ale to nie znaczyło, że zdolność do leczenia była niska. Togrutanie z Ohadi nie potrzebowali wiele w medycynie. Aparaty sprawdzające stan pacjenta były właściwie jedynym sprzętem elektrycznym. Wzdłuż długich ścian sali stały rzędy łóżek, na których gdzieniegdzie ktoś leżał. Największą uwagę jednak skupiał kąt sali, gdzie nad nastoletnim Togrutaninem stał jego kolega i prawdopodobnie dziewczyna, która zanosiła się łzami?
- Co się stało? - zapytałem.
Stojący obok medyk pokręcił głową.
- Nie do końca wiemy - stwierdził.
Wtedy przyjrzałem się bliżej temu pacjentowi. Cały się napinał, jakby brzuch wyciągał go do góry. Jego oczy pokrywały czarne plamy, a niektóre miejsca na skórze zajmowały bąble.
- Jest zarażony... - powiedział do mnie cicho Erun - ...jak vorantikus. Nadęty brzuch, czarne plany... Jak się domyślam, zaczyna się od zmian w trzewiach.
- Byliśmy w Zachodnim Lesie - powiedział przyjaciel chorego Togrutanina. - Bawiliśmy się w chowanego. Szukaliśmy go z dobrą godzinę, aż usłyszeliśmy krzyki. Znaleźliśmy go... Znaleźliśmy go w tym stanie.
- Dacie radę go wyleczyć? - skierowałem do medyków.
- Trzeba go odizolować od wszystkich - podpowiadał w tle Erun. - Nie wiadomo, jak zaraźliwa jest ta choroba.
- Racja - stwierdził lekarz. - Dlatego poproszę was, abyście opuścili to pomieszczenie.
- Zanim to zrobię, chciałbym coś sprawdzić tylko - rzucił padawan.
- A... - mruknęła zapłakanym głosem młoda Togrutanka. - A nie mogę... z nim zostać?
- Mogę prosić o rękawiczki? - poprosił Erun.
Medyk spojrzał na niego dziwnie, ale zrobił to. Wyciągnął je z szuflady i podał jasnowłosemu człowiekowi. Padawan przystąpił do akcji i położył swoje dłonie na brzuchu zarażonego.
- C-co... Co chcesz mu zrobić? - zapytała zdziwiona Togrutanka.
Jako były Rycerz Jedi i nauczyciel Eruna wiedziałem, że używa swoich leczniczych umiejętności do pomocy pacjentowi. Zanim się zorientowałem, chorego Togrutanina opanowała złość i skoczył on na padawana, chcąc go udusić. Mój uczeń został powalony na ziemię. Na szczęście szybka reakcja medyka załagodziła całą sytuację. Wstrzyknął on coś zarażonemu osobnikowi, a ten zasnął na Erunie. Złapałem jego zwiotczałe ciało i położyłem go na łóżku.
- Poproszę was o natychmiastowe wyjścia - powiedział lekarz.
- Nie podziałało. - Padawan zakaszlał.
- Co ty mu zrobiłeś?! - było słychać w tle kobiece wrzaski.
- Próbowałem... pomóc. Przepraszam.
- Lepiej chodźmy. - Wyszliśmy z centrum medycznego.
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Wto Lut 07, 2017 6:39 pm

Zahsa

Słońce wisiało wysoko nad metrowymi trawami turu, które łaskotały mętne ciała zebranych kilkunastu Togrutanów i tego człowieka.... Staliśmy przy prowizorycznych namiotach. Każdy miał przy sobie skórzaną torbę z prowiantem; „owoc”, pokrojone kawałki pieczonego mięsa schowane w małym pudełku i butelka wody.
- Za chwilę ruszamy - uprzedziłam ich, trzymając swoje skrzyżowane ręce na piersiach. - Czy ktoś chce się jeszcze wycofać?
Ten strach w ich oczach... Najwidoczniej tak ich sparaliżował, że nie byli w stanie niczego powiedzieć ani nawet podnieść ręki.
- Świetnie. Zdeklaruje się w środku lasu... - skomentowałam. - Jakieś pytania? - Popatrzyłam po stadzie.
O dziwo chyba najodważniejszym z zebranych był Kota. Zapewne ten jego dziecięcy zapał i chęć przygody wywoływały ten uśmiech...
- Ruszamy. - Zdjęłam „Drzazgę, moją drewnianą laskę zakończoną ostrzem z obu stron, z pleców i poprowadziłam zebranych.

Wiszące nad nami zaschłe, skrzypiące pnie i gałęzie przyciemniały cały Dziki Las. Zimna, wartka woda rzeki towarzyszyła nam w marszu. U większości sięgała tylko do kolan - u Koty oziębiała połowę ciała.
- Kota, wejdź mi na barana - zaproponował idący z tyłu jasnowłosy człowieczek.
- Nie - zakazałam szybko, patrząc ciągle przed siebie. - Musi sobie radzić sam.
Wyczułam jak młody Togrutanin pokiwał głową, godząc się ze mną, po czym rozległ się jego dziecięcy głosik.
- Dam sobie radę.
Plusk.
Wyciągnęłam z wody „Drzazgę” z martwą rybą nadzianą na jej koniec. Chwilę później, przekazana tragarzowi, leżała na dnie wielkiego wora przerzuconego przez jego plecy.
- Płynie ławica. Przygotować się.
Całe stado złapało za gwizdki zawieszone na szyjach i przyłożyło je do ust. Ultradźwięki rozeszły się po otoczeniu. Woda była lepszym nośnikiem dźwięku niż powietrze, dlatego wykrycie zbliżających się ryb nie było trudne. W jednym momencie wszyscy zaczęliśmy łowić muskające nasze stopy stworzenia. Niektórzy używali dzid, inni łuków lub samych strzał. Jeszcze wiele im brakowało... Przepuszczali większość ryb. Kota z wysuniętym na wierzch językiem wbijał oburącz swój kij w wodę. Wtedy ten Jedi... jak mu tam było... dotknął obiema rękami tafli wody i chwilę później praktycznie wszystko znalazło się wokół niego. Uniósł dłoń a razem z nią dziesiątka ryb wpadła do wora. Całe stado natomiast rzuciła się w jego stronę i z pełnym zadowoleniem kontynuowali polowanie.
- Tyle wystarczy - powiedział zadowolony.
Tylko prychnęłam i odwróciłam się. Byle zwabienie ryb nie spowoduje, że będzie lepszy w moich oczach. Wtedy machnął rękoma i reszta nieupolowanych stworzeń odpłynęła.
- To ja decyduję, kiedy starczy - rzuciłam chłodno i popatrzyłam po swoim stadzie. - Wystarczy.

Wyszliśmy na brzeg. Niska, na pół zaschła trawa turu zdawała się mieć trudności z porostem na tej ziemi. Kiedyś tak nie było...
- Rozbić tutaj obóz - zleciłam, po czym zaczęłam wskazywać na kilku Togrutanów. - Ty, ty i ty zostaniecie tutaj i zajmiecie się rybami. Reszta rusza dalej.
Wybrani przeze mnie członkowie stada zaczęli rozwijać materace, a jeden z nich poszedł pozbierać suche gałęzie.

Dotarliśmy do niewielkiej polany. Wyglądała jak arena. Wysokie skały i drzewa otaczały nas, pozostawiając nam właściwie tylko cztery bezproblemowe wyjścia. Zanim się zorientowałam, Kota zaczął ciągnąć człowieczka w tył. Gdy spojrzała, co robi, dostrzegłam jego pokorny wzrok. Zmarszczyłam brwi i już wiedziałam, o co chodzi. Jedi dobył swoje świetliste ostrze.
- Ustawić się w środku - wydałam rozkaz. - Pozycja obronna.
Stado wykonało poje polecenie, tworząc krąg i celując swoimi broniami w zewnętrzną stronę. Wycie i powarkiwanie rozeszło się po lesie, docierając do naszych uszu. Zdradziło to pozycje bestii - czwórka akuli schodziła po grubych konarach. Okrążyły nas z każdej strony, odcinając wyjście. Zbliżały się, kładąc swoje potężne łapy na ziemi. Jednego mi się udało odstraszyć na moment wzrokiem. Człowieczek natomiast wyciągnął do jednego z nich dłoń, jakby chciał go pogłaskać...
- Łucznicy, strzelać - nakazałam, a czwórka Togrutanów napięła łuki i wystrzeliła po jednej strzale w jednego z akuli.
Trójka dostała. Rozwścieczone, rzuciły się na nas. Jednego wzięłam na siebie - niepostrzelonego. Wystarczyło kilka sekund na odebranie mu życia. Drugi skoczył na człowieczego chłopaczka, a reszta zajęła się moim stadem. Chwilowa wymiana ciosów i zwierzęta leżały martwe na ziemi.
- Ktoś jest ranny? - zapytał Jedi.
Jeden Togrutanin leżał martwy na ziemi - szyja zmiażdżona przez potężną szczękę. Pokazałam palcami na dwójkę osobników.
- Wypatroszyć zwierzęta i zdobyć z nich mięso.
Jeden z nich miał zranioną rękę, więc jasne było, że o wiele bardziej się przyda w zajmowaniu się żywnością niż w walce w dalszych polowaniach. Chwilę później uczeń tego wyrzutka podszedł do niego i patrząc mu się w oczy, złapał go za uszkodzoną kończynę. Togrutanin już chciał się wyrywać, ale uspokoił się, a jego rana zniknęła samoistnie. Słyszałam jak szybko rozeszły się szepty i widziałam te falujące lekku wyrażające podziw.
- Reszta, ruszamy.

Robiło się coraz później. Zatrzymaliśmy się. Przed nami było coś, co przypominało jaskinię - małe pole trawy otoczone głazami. Nad całością rozpościerało się młode w porównaniu do reszty drzewo, tworząc w ten sposób dach i jedną ze ścian. Do środka mogliśmy się dostać tylko przez wolne bramy przy pniu.
- Musimy rozbić tutaj obóz - powiedziała, trzymając ręce na biodrach. - Raczej nic nie powinno nas tutaj zaatakować. A nawet jeżeli, to będzie to dla was próba. - Rzuciłam krótkie spojrzenie człowieczkowi, a Kota przełknął ślinę.
Jedi przytaknął mi i zaraz usiadł, przybierając pozycję medytacyjną.

Po godzinie małe obozowisko było już wzniesione. Na środku paliło się otoczone kamieniami ognisko, a wokół niego siedzieli Togrutanie i opowiadali coś sobie, jedząc przy tym mięso, które sami zdobyli. A ten mniszek dalej siedział, jak siedział... Ja natomiast stałam w jednym z wejść, patrząc przed siebie. Dopiero po chwili się zorientowałam, że myśli wywołały u mnie grymas. Bezdenna przestrzeń, chłodny cień okrywający moje ciało, alejka starych jak Ohadi drzew... Dziki Las.
Zaczęłam go słuchać.
Kota podszedł do nędznego padawana i usiadł koło niego, podając mu coś.
- Chcesz? - zapytał.
- Dziękuję, Kota - odpowiedział mu Jedi, po czym włożył coś do ust. Pewnie Togrutanin podzielił się z nim jedzeniem...
- Co robisz?
- Rozglądam się po okolicy w poszukiwaniu zagrożeń. Jak chcesz, mogę ci pokazać.
- Jak? - dopytywał Kota, żując coś, co deformowało wypowiadane przez niego słowa.
- Połóż swoje ręce na moich ramionach i zamknij oczy.
Togrutanin pomachał rękoma, wzburzając swój ubiór, po czym zrobił, o co go poproszono.
Odwróciłam się, patrząc na jakąś dwójkę ze stada, która siedziała przy ognisku i rzuciłam im w języku Togruti, że mają iść na zwiad.
Słońce już powoli zaczynało zachodzić. To słabe światło w połączeniu z gęstością lasu powodowało, że widoczność była prawie zerowa. Na szczęście montrale potrafią w takich momentach zastąpić oczy.
Po niedługim czasie doszedł do nas przeraźliwy, lecz mocno stłumiony krzyk. Ten uczeń Hodima momentalnie wstał i rzucił do Koty:
- Idę do nich, są w niebezpieczeństwie. - Zaczął biec w stronę przejścia, gdzie stałam.
Zanim obiegł mnie, zatrzymałam go „Drzazgą”.
- Czemu? - zdziwił się. - Może jeszcze żyją?
- Poczekaj - odpowiedziałam krótko. - Jeżeli nie dadzą sobie rady, to znaczy, że pozbyliśmy się słabego ogniwa.
- Słabe ogniwo czy nie, liczy się jeszcze współpraca między członkami stada, prawda?
Togrutanie siedzący przy ognisku zamilkli i spojrzeli na nas, po czym zaczęli porozumiewać się między sobą tylko językiem lekku.
- Liczy się - powiedziałam niewzruszona. - Dlatego wysłałam dwójkę.
- Pozwól mi iść - nalegał człowieczek. - Jeśli zginę, nic nie stracisz.
- Owszem, nic nie stracę, ale to stado jest pod moim dowództwem i musimy wyjść z tego lasu. W większym czy mniejszym gronie ale musimy.
- Dobrze - zgodził się widocznie niezadowolony.
- Zostańcie tutaj. Zaraz wracam - rzekłam stanowczo.

„Jak mógł mnie tak znieważyć?” - zastanawiałam się, przedzierając się przez chaszcze. Ani jeden promyk słońca już się nie przebijał przez gęste korony drzew. To oznaczało, że była już noc. Machałam „Drzazgą” na prawo i lewo, torując sobie drogę i chroniąc się przed pajęczyną. „Jestem alfą, nikt nie podważa mojego zdania” - rzuciłam w myślach, kiedy dostrzegłam w oddali jakiś ruch...

- Idziesz ze mną. - Po powrocie spojrzałam na człowieczka.
Nie zaprotestował ani słowem.

Skradaliśmy się przez las, kiedy doprowadziłam go do tego - ogromna jaskinia ze stertami kości przed wejściem. To coś musiało być większe nawet od vorantikusów, które dotąd o dziwo spotykaliśmy na naszych terenach. Nie samo wejście do ciemnej komnaty o tym świadczyło, ale właśnie pozostałości różnych ciał.
- Coś tam jest i właśnie zabiło jednego z naszych - stwierdził człowieczek, chowając się razem ze mną przy jednym z drzew.
Przyłożyłam końcówkę swojego lekku do ust i przyłożyłam mu „Drzazgę” pod szyję, by był cicho. Wydawało mi się, że spojrzał na mnie groźnie, ale przytaknął. Nagle z jaskini wynurzyła się ogromna bestia - rancor - i zaczęła wertować kości. Pokazałem palcem, by Jedi podążył za mną. Zaprowadziłam go na półkę skalną nad jaskinią. Zaraz z pod nią wyrastało długie, grube drzewo, które wisiało poziomo dokładnie nad stworzeniem.
- Wchodzę pierwsza - szepnęłam. - Bądź gotów.
Zeskoczyłam na zeschniętą korę swoimi bosymi stopami i z wyciągniętą „Drzazgą” pobiegłam prawie że na koniec drzewa, po czym rzuciłam się w dół, na rancora. Chciałam wbić ostrze prosto w jego głowę. Bestia musiała mnie wyczuć, ponieważ odsunęła się nieco, przez co byłam zmuszona zbiec po jego plecach na ziemię, stając między nim a wejściem do jaskini. Jego łapa zaczęła lecieć w moją stronę. Wtedy echolokacja podpowiedziała mi, że Erun wzbił się w powietrze. Prawie udało mi się uniknąć ciosu, robiąc fikołek na bok, jednak potwór zadrasnął moją łydkę pazurem. Byłam przyzwyczajona do takiego bólu, co nie znaczy, że to nie było dla mnie utrudnieniem... Człowieczek wylądował na głowie rancora, lecz ten szybko zrzucił go z pleców, po prostu przechylając się do tyłu. Chwilę później spróbował go zmiażdżyć obiema łapami. Jedi wymknął się mu, prześlizgując się pod jego nogami. W tym momencie podbiegłam do bestii z zamiarem wbicia „Drzazgi” w jego plecy. Rancor zaczął się obracać w moją stronę, kiedy dostrzegłam niebieskie światło i rozległ się głośny ryk. Odwróciło to uwagę stworzenia, w czym widziałam szansę na zranienie stopy potwora. Niestety byłam za wolna a on za szybki, bym uniknęła łapy, która odrzuciła mnie w jedną ze stert kości. Nigdy nie otrzymałam tak silnego ciosu... Czułam popękane kości i słyszałam pisk w montralach. Wszystko wokół mnie się kręciło. Jedynie jak przez mgłę docierały do mnie obrazy i dźwięki walczącego rancora i Jedi. Zanim doszłam do siebie, ten młody człowiek leżał obok mnie, na ziemi. Nie było czasu na zbyt wiele odpoczynku. Chwyciłam za „Drzazgę”, której metaliczne ostrza odbijały światło miecza świetlnego, i pobiegłam w stronę rancora. Zdziwiłam się, kiedy mój słuch ostrzegł mnie o zbliżającym się zaraz za mną Erunie. Potwór podniósł stopę, chcąc mnie zmiażdżyć, i wtedy człowiek naciął jego twardo stojącą na ziemi drugą nogę. Wykorzystałam to i zaatakowałam jego drugą kończynę. Stworzenie padło na ziemię, wspierając się o jedną z łap, a drugą, jak zauważyłam - naciętą - spróbował uderzyć Jedi.
Biegnę.
Czerwona stopa uderza o ziemię.
Powstały kurz wzlatuje w powietrze.
Wylądowałam na jego plecach i szybko znalazłam słaby punkt. Użyłam resztek sił, by przebić się przez skórę. „Drzazga” weszła dokładnie w ten punkt, który chciałam i dostrzegłam już wcześniej - dziura w pancerzu rancora. Przekręciłam bronią i bestia skonała. Zeszłam z jego ciała i od razu złapałam się za brzuch, krzywiąc się przy tym mocno. Wyplułam krew i samoistnie upadłam na kolana. Człowieczek podbiegł do mnie i pomógł mi wstać.
- Ktoś go tutaj sprowadził - wycedziłam, dalej oddając plwocinę na wygniecioną ciężarem ziemię. - Ktoś... albo coś.
Wtedy Erun bez słowa położył swoją rękę na moim brzuchu. Fakt że mnie dotknął ktoś tego niegodny... Jednak misja była ważniejsza. Zaczął mnie leczyć. Czułam, jak ból uchodzi. Myślałam, że zaraz skończy, patrząc na jego wysiłek, ale nie zrobił tego. W pewnym momencie z jego nosa poleciała krew, którą szybko starł rękawem. Ponownie wyplułam zawartość moich ust i spojrzałam na niego już w neutralny sposób...
- Dziękuję - powiedziałam tak cicho, że ledwo to dotarło do mnie samej. Ten jedynie przytaknął głową.
- Rancora ktoś musiał tutaj sprowadzić, albo jak mówisz - coś.
Wtedy podeszłam do mordy potwora i bez zahamowań uniosłam jego powiekę, ukazując całkowicie czarne oko.
- Zakażony - wyczytał z moich myśli Jedi. - Kolejny gatunek zakażony, to źle.

Togrutanin, który miał trzymać wartę, zasnął. Pokręciłam tylko głową i popatrzyłam po reszcie. Właściwie to noc ułożyła do snu ich wszystkich... Nawet, a może i tym bardziej, Kotę, który spał smacznie, mamrocząc coś pod nosem i uśmiechając się. Na szczęście nikt więcej nie zginął.
- Wartownik śpi, no ładnie - skomentował Erun.
Już nie miałam ochoty się kłócić tym nieodpowiedzialnym Togrutaninem.
- Co teraz? - zapytał Jedi.
- Z szesnastu osób zostało osiem, a nawet nie minął jeden dzień.
- Gdybyśmy nie zajęli się tym rancorem, zostałoby jeszcze mniej.
- Możliwe. Oby tamta piątka dotarła do wioski - poprosiłam pod nosem.
- Odpocznij - zaproponował młodzieniec. - Ja popilnuję obozu.
Podeszłam do swojej torby leżącej przy skale i wyjęłam z niej butelkę wody, by wziąć łyk, połykając przy tym zaschłą krew, co nie wzruszyło mnie nijak. Uniosłam brew, patrząc na Eruna.
- Chyba żartujesz - rzuciłam.
Jedi sam wziął butelkę napoju i napił się.
- To popilnujemy razem - powiedział jakby na złość mi, na co pokręciłam głową z niedowierzaniem. - Myślisz, że Jedi są mało wytrzymali?
Erun przystąpił do tej swojej medytacji, a ja wspięłam się na skalny mur naszego obozowiska.
- Nie... - odpowiedziałam cicho z półki skalnej, przez co mnie nie usłyszał. Skrzyżowałam ręce i usiadłam, patrząc na dół, na ognisko i otaczające je śpiące ciała. - Myślę, że nie są...
Erun otworzył oczy.
- Myślę, że powinniśmy jak najszybciej wyruszyć na wyprawę z tą zarazą.
Wtedy pokręciła głową, wracając do siebie.
- Nadal nie jestem pewna, czy jesteś jej godzien - powiedziałam głośniej, by mnie usłyszał. - Nie możemy powierzyć misji byle... człowiekowi - wycedziłam przez swoje kły.
- Jedi to specjaliści w walce z ciemnymi mocami, a tu taka zagościła. Jeśli uda nam się ją zwalczyć, to odlecę chyba z tej planety...
Przewróciłam oczami...
- Nareszcie. - Zeskoczyłam na grunt.
- ...ale w dużej mierze zależeć to będzie od Hodima - kontynuował.
- Co ma do tego ten wyrzutek? - Przeszłam między śpiącymi osobami.
- Naucza mnie jak kontrolować Moc, pokazuje mi nowe techniki walki, stał się moim mistrzem.
Prychnęłam.
- Czyli odlatujecie stąd razem? Jakie szczęście.
Czułam, że nie zachowuję się normalnie...
- Hodim zadecyduje - ciągnął. - Polecę tam gdzie i on.
- Ta skaza plemienia miałaby powrócić do Zakonu? Po tylu latach? Lepiej uciekaj stąd bez niego.
- Aż tak z nim źle?
- Beznadziejnie. - Muszę przestać, pomyślałam. - Przyniósł wstyd całej swojej... - Nie. Mówię za dużo... Za dużo przekazuję. Jestem zbyt wylewna. - Nie jest wart niczyjej uwagi - ponownie wycedziłam zęby i odwróciłam się do Eruna plecami.
- To po co on tu jeszcze siedzi?
- Go się zapytaj - palnęłam krótko. - To jest bardzo dobre pytanie.
Kilka chwil później zasnął. Popatrzyłam na niego przez moment i usiadłam przed ogniskiem, wpatrując się w tańczący płomień, kładący barwy pięknie współgrające z moją cerą.
„Przecież ja taka nie jestem” - przeszło jej przez myśl. „Ale muszę. Potrzebują takiej osoby. Całe Ohadi...”. Wydawało mi się... że widziałam w ogniu siebie - poświęcającą dla obrony osady.
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Pią Lut 17, 2017 6:03 pm

Zahsa

- Co się stało? - zapytał obudzony Erun, który spał całą noc na siedząco. - Już ranek?
Przestałam go szturchać „Drzazgą”.
- Wstawać! - krzyczałam swoim donośnym głosem.
Ognisko już dawno zgasło i tylko pojedyncze skwarki drewna się tliły. Obudzone osoby już zwijały obozowisko, a jeden jeszcze coś na szybko przełknął.
- Musimy ruszać dalej. A ty... - Wskazałam na Togrutanina, który ostatniej nocy zasnął na warcie. - Z tobą jeszcze porozmawiam.
Kota również się obudził. Usiadł, przeciągając się i ziewając. Chwilę później złapał za lnianą torbę z podstawowym zaopatrzeniem i podszedł do Eruna, który akurat przegryzał mięso z prowiantu.
- Mało spałeś, co? - spytał padawan, na co Kota jedynie pokiwał głową, nie mając siły na udzielenie słownej odpowiedzi.
- Tyle snu powinno starczyć wszystkim. - Popatrzyłam po Kocie. W końcu spałam trzy razy mniej od niego. - Idziemy.

-Szliśmy przez środek Dzikiego Lasu. Zaschła roślinność tworzyła nad nami swego rodzaju tunel, od którego wychodziło kilka odnóg. Została nam już tylko połowa stada, która szła w prawie pełnej gotowości.
Wtedy ziemia się zatrzęsła.
- Kolejny rancor? - zastanawiał się Erun.
Pokręciłam głową, marszcząc czoło.
- Trzęsienia ziemi. - Odwróciłam się do grupy i popatrzyłam po każdym.
- Co teraz? - dopytywał Erun. - Idziemy dalej czy...?
Nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam przed siebie i ponownie zaczęłam stawiać kroki po szeleszczącej trawie.

W końcu natrafiliśmy na zagrożenie. A właściwie to ono natrafiło na nas. Ukazała się nam trójka całkowicie zarażonych vorantikusów. Oceniłam odległość na jakieś sto metrów. Ich skóra była czarna i chropowata. Jeden natomiast się wyróżniał. Trzydziestometrowa samica, prawdopodobnie matka, która pilnowała swoje dwa razy mniejsze odpowiedniki. Wszystko było w niej silniejsze i niebezpieczniejsze.
- Musimy ich ominąć - zaproponował Erun.
- Coś jest nie tak... - mruknęłam, nawiązując kontakt wzrokowy ze stworzeniami, po czym odwróciłam się do stada.
- Są zarażone - skomentował padawan.
- Grupa Cabri, Zolyr, Vonaa, Bera i Soshti zajmie się dwójką mniejszych! - rozkazałam. - Reszta razem ze mną odciągnie matkę. Do walki, plemieniu Ohadi! - Podniosłam „Drzazgę” do góry i wydałam ze swojego gardła dźwięk trylu, zachęcający do walki, co powtórzyła chórem reszta stada.
Wtedy wymieniona przeze mnie grupa jak i vorantikusy ruszyli w swoją stronę.
- Możesz zwrócić na siebie uwagę matki? - zapytałam Eruna.
- Jasne.
- To zrób te swoje sztuczki.
Ja, Erun, Kota i jeszcze jeden Togrutanin zostaliśmy na miejscu. Wtedy uczeń Hodima podniósł rękę w górę i wyrwał konar drzewa, ciskając nim w matkę vorantikusów.
Obie strony starły się. Togrutanie walczyli z trójką stworzeń, wymijając je pod nogami, tnąc, strzelając i zarzucając liny. Ich współpraca, mimo naszej kultury polegającej na naturalnej selekcji, jest doskonała. Wtedy wykorzystałam zmieszanie vorantikuski i podbiegłam do niej, chwytając za nóż przypięty do uda pod szatą. Rzuciłam go z takim impetem, że wbił się w pachę stworzenia.
Udało się - skupiliśmy jej uwagę na sobie.
- Uciekamy! - krzyknęłam do mojej grupy. - Trzeba ją wywlec!

Wybiegliśmy z tunelu i znaleźliśmy się w miejscu, gdzie co jakiś czas stało gdzieś drzewa i większe głazy. Vorantikus poruszał się również na łapach, tworząc w ziemi wgłębienia. Poprowadziłam Kotę, Eruna i Cozo na gruby pień, po którym wszyscy szybko się wspięliśmy. Wisiał on poziomo, tworząc pod sobą bramę. Planowałam, by na niego skoczyć, kiedy znajdzie się po drugiej stronie, ale potwór był inteligentniejszy, niż myślałam. Wyciągnął łapę i złamał pień, na którym się znajdowaliśmy, w pół. Głośny huk rozległ się po lesie tak samo jak odłamki z pozostałości naszej podpory. Musieliśmy skoczyć szybciej, zanim zniszczył pień. Wszyscy spróbowaliśmy znaleźć się na grzbiecie bestii, ale jedynie mi i Erunowi się to udało. Vorantikus postanowił zmiażdżyć Cozo, ale wtedy wbiłam „Drzazgę” w jego plecy, a padawan spowolnił jego łapę, używając swoich zdolności. Kątem oka dostrzegłam, jak stojący na ziemi sparaliżowany Togrutanin został odepchnięty przez niewidzialną siłę. Wszystko działo się tak szybko, że prawie nie zauważyłam lecącej na mnie i Eruna ręki potwora. Uczeń Hodima odskoczył na drzewo, próbując coś w locie zdziałać mieczem. Ja wykorzystałam cechy vorantikusa i skuliłam się między jego kolcami. Gdyby chciała mnie złapać, nadziałaby się na własną broń. Gęste i grube igły wystające z jej pleców były dla mnie podporą. Gdyby nie one, już dawno spadłabym z wierzgającej bestii. Spróbowałam mimo to wspiąć się na głowę kreatury. Nie wiedziałam, co się stało, ale bydlę zaczęło lecieć na plecy. Musiałam zeskoczyć. Szybko rozejrzałam się dookoła. Cozo, Kota, Erun... wszyscy zdrowi, ale widziałam, że w głębokim szoku. Wtedy moje montrale zlokalizowały źródło innego ruchu - po drzewach schodziła dwójka akuli. Ich oczy były czarne, a sierść czerwona z ciemnymi kosmykami. Wyglądały jak płomień połączony z dymem, ciemnością. Czymkolwiek była ta zaraza, wywoływała w zwierzętach przerażające mutacje. Zbliżały się w naszą stronę. Erun wyciągnął ręce i zrzucił jednego z drzewa. Drugi był szybszy i zeskoczył przed atakiem, po czym ruszył w stronę Koty z otwartą paszczą, słynącą ze swojej śmiercionośnej skuteczności. „To stado jest pod moją opieką” - pomyślałam i stanęłam na jego drodze.
- Człowieczku! - krzyknęłam, czując, jak vorantikus już się podnosi. Z drugiej strony trzymałam „Drzazgę” przed ogromną szczęką akula. - Bierz Kotę i uciekaj!
Erun skoczył na bestię, lecz ta go złapała w locie i rzucił go w moją stronę. Udało mu się wylądować za moimi plecami na tyle gładko, że nie odniósł obrażeń. Wtedy zrzucony przez padawana akul pokręcił łbem i spojrzał w naszą stronę z dzikim gniewem.
- Ruszaj! - krzyknęłam ponownie.
- Niech Moc będzie z tobą - powiedział, po czym biegiem chwycił Kotę za rękę i rozkazał drugiemu Togrucie uciekać z nimi.
Cozo nie dostał tego rozkazu ode mnie, więc się nie posłuchał. Chwilę później skoczył w stronę vorantikusa-matki. Gdy tylko akule dostrzegły, że Kota i Erun uciekają, pobiegły za nimi. Warknęłam, po czym ruszyłam na pomoc z potworem.

Hodim

Siedziałem w namiocie, zaraz przy Dzikim Lesie. Wertowałem w datapadach i kartkach, tworząc wokół siebie ogromny chaos, który symbolizował obecną sytuację. Światło rzucane przez lampy i ekran sprzętów padały na moją limonkową skórę i żółte montrale. Złote ozdoby były pokryte blikami tak samo jak moje oczy. Ciągłe zaburzenia w Mocy... Już byłem pewny, że to nie tęsknota zaprowadziła mnie na Shili, lecz przeznaczenie. Czekała tutaj misja, którą jako były Rycerz Jedi musiałem zakończyć.
- Gdzie jesteś... gdzie jesteś... - powtarzałem sobie, przeglądając różne opisy i zdjęcia Cathara i artefaktów.
- Mistrzu Hodimie! - do namiotu dobiegł mnie krzyk Koty.
„Co on tutaj robi?” - zastanowiłem się, wychodząc z namiotu.
- Nie powinieneś być na polowaniach?
- Erun jest w niebezpieczeństwie!

Zahsa

Skoczyłam na bok, unikając wgniecenia. Cozo rzucił swoim oszczepem w stronę bestii, jednak drewniana broń pękła na pół po spotkaniu się ze łapą bestii.
- Podrzuć mnie! - krzyknęłam, biegnąc w jego stronę.
Togrutanin zrobił mi podstawkę z dłoni i chwilę później wyrzucił mnie w powietrze. Wbiłam się „Drzazgą” w oko vorantikusa, przez co ten wpadł w taki szał, że chwilę później poleciałam na ziemię, turlając się kilka razy. Wzmożone ciosy wielkich szponów trafiały kilka centymetrów ode mnie do czasu, kiedy jeden z nich nie naciął mojej lewej ręki. Wtedy usłyszałam tryle, które odwróciły uwagę kreatury. Nim zdążyłam się podnieść, Coza leżał martwy przy pniu. Dźwięki te jednak należały do Zolyra i Cabriego, którzy jako jedyni powrócili z walki z pomniejszymi vorantikusami.
- Okrążyć ją! - wydałam rozkaz, krążąc wokół tego przerośniętego płaza.
Stała między nami, próbując zgromić nas bezdenną czernią swoich oczu. Ta dwójka była przerażona, ale czuła zobowiązanie wobec mnie i wioski Ohadi. „Księżniczka”... Szlachecki przydomek. Pewnie myśleli, że śmierć przy mnie będzie chwalebna. Niestety mieli pecha. Nie miałam zamiaru na to pozwolić. W pewnym momencie całe jej skupienie przeszło na mnie. Widziałam to... dostrzegła we mnie największe zagrożenie. Posłałam jej spojrzenie. Tak naprawdę byłam tylko ja i ona - łowca i ofiara. Łowy rozpoczęte!
Zamachnęła się na mnie swoją silną łapą, kiedy zaczęłam biec w jej stronę. Wślizgnęłam się i wbiłam „Drzazgę” w ziemię, przez co ta padlina nabiła się na nią. Ta broń nie była taka, jak wszystkie inne. Drewno pochodzące z tej samej linii drzew, z którego wyrzeźbił swoją laskę Togrutanin Ohadi - założyciel wioski. Było ono na tyle wytrzymałe, że nie ugięło się pod tak wielką siłą. Bestia cofnęła dłoń razem z wbitą do połowy „Drzazgą”. Zolyr i Cabri wiedzieli, że to starcie należy do mnie. Musiałam jej udowodnić, że to jest mój teren. Zawiesiłam się na drugiej ręce stworzenia i wykonując wymyk, znalazłam się na niej. Wspięłam się na grzbiet potwora i skacząc z jego głowy, rzuciłam się po moją laskę zakończoną ostrzem z obu stron. Podczas spadania chwyciłam ją i wyciągnęłam z łapy vorantikusa. Nie czekając dłużej, wycelowałam i rzuciłam „Drzazgą” w podniebienie gada.
To ja jestem alfą.

Hodim

Gdy dotarłem na miejsce, zobaczyłem Eruna okrążonego zmutowanymi akulami. Ich sierść była zupełnie inna niż zwykle. Jedynie jeden pozostawał w normie i walczył z pozostałymi, jakby bronił padawana. Dopiero wtedy dostrzegłem, że był to ten sam akul, któremu na pierwszym spotkaniu mój uczeń kazał się wycofać. Kiedy po raz pierwszy poznałem wyjątkowy talent Eruna.
Kiedy się tak zbliżaliśmy, Kota rzucił w jedną z wrogich bestii swoim miniaturowy, dostosowanym do jego rozmiarów oszczepem. Blondyn ciął mieczem świetlnym w różne strony, próbując opanować sytuację. Zabił dwie bestie. Kolejną zagryzł przyjazny akul. Zostały jeszcze trzy. Wtedy zobaczyłem, jak Erun pada na ziemię. Coś mu się stało w kostkę. Wtedy nadziałem na niebieską plazmę stworzenie, które chciało uśmiercić padawana. Kota za to skoczył na kark jednego z zarażonych zwierząt i pociągnął je za sierść głowy, przez co te stanęło na tylnych łapach.
- Nie! - krzyknął Erun, próbując pchnąć wrogiego akula.
Kiedy spojrzałem, dostrzegłem jak wroga bestia odrywa się przez uderzenie Mocy od szyi przyjaznego zwierzęcia broniącego człowieka. Doskoczyłem do niej i zgładziłem ją. W tle słyszałem słabe, wilcze wycie. Kota natomiast poderżnął gardło ujeżdżanej istoty.
Podszedłem do Eruna, żeby pomóc mu wstać.
- Dasz radę?
Padawan jakby mnie nie zauważył, tylko podbiegł do dobrego akula, którego pomarańczowe futro zostało zabarwione na czerwono w okolicach szyi. Nie przeszkadzało mu no, żeby przylec do jego pyska i objąć go. To zwierzę... wydawało się płakać, kiedy patrzyło na Eruna. Pierwszy raz widziałem taką więź.
- Nie umieraj, słyszysz? - Blondyn próbował tamować krwawienie, ale to się na nic nie zdawało. Szczęki akula, które spoczywają na czyimś karku, nigdy nie zostawiają po sobie życia... Razem z Kotą staliśmy nad nim.
- Nie pozwolę ci umrzeć, przyjacielu - mówił ciągle Erun.
- Użyj swoich umiejętności - zaproponowałem poważnym głosem, mimo tego że miałem nikłą nadzieję na powodzenie.
Erun przytrzymał dłonie na ranie akula i skupił w sobie Moc.
- Żyj, akulu, żyj. Zasługujesz na to.
Wtedy oczy padawana jak i jego dłonie pokryła jasna poświata. Pojedyncze promienie słońca, którym udało się przebić przez korony, padały dookoła nas. Nagle jakby powiew wiatru rozwiał liście i zaschłe gałęzie, przez co strumień światła padł na Eruna i zdychające zwierzę. Akul uronił łzę, a jego głowa padła bezwładnie.
Położyłem chłopakowi rękę na ramieniu.
- Musimy pomóc Zahsie i reszcie.
Erun zabrał swoje zakrwawione dłonie, a po jego policzkach spłynęły łzy. Wstał i pożegnał swojego przyjaciela, głaszcząc go na koniec po łbie i zamykając mu oczy. Wiatr minął i światło przestało padać na zwierzę.
I jakby na zawołanie przybyła przewodniczka stada, a razem z nią - tylko dwóch Togrutanów, równie poharatanych jak ona.
- Dobrze, że przynajmniej ktoś przeżył. - Erun podszedł do nas.
- Jutro wyruszamy na misję - rzuciła do padawana Zahsa, patrząc na nas bez złości, co było niespotykane.
Wtedy wydawało mi się, że wyczułem coś nad nami. Musiało mi się wydawać, bo niczego tam nie było.
- Ty również wyruszasz? - zapytałem Zahsę, patrząc na nią. - Nie zgłaszałaś się.
- Beze mnie zginiecie - powiedziała bez swojego codziennego przekonania, jakby wymusiła te słowa.
Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, jak Erun podchodzi do Zahsy i mówi jej coś szeptem. Przywódczyni stada spojrzała wtedy na wyróżniającego się akula. Był jak pomarańczowy punkt pośród czerwieni i czerni. Uklękła przed jego paszczą i sprawnie używając swojego noża, wycięła ząb martwego zwierzęcia. Znalazła jakiś czysty skrawek swojej szaty i wytarła o niego kieł. Chwilę później przekazała go Erunowi.
- Hodim powie ci co z nim zrobić - stwierdziła, na co padawan podziękował. Zahsa patrzyła przez moment na niego i zamknęła na moment oczy. - Wracamy do wioski.

***

Zahsa

Kiedy siedziałam przy stawie, znajdującym się przy obozie, i przemywałam ciało, podszedł do mnie Erun i zmył krew ze swoich dłoni i zaschnięte łzy ze swojej twarzy. Nie spojrzałam na niego i chwilę później ruszyłam razem z nim do namiotu.
Trójka Togrutan, która wcześniej wzięła worki z rybami, dotarła tam. Za to dwójka, która miała zdobyć mięso akuli, zmniejszyła się do jednej osoby. Kota siedział pod ścianą namiotu i strugał jakiś kijek.
- Ilu łącznie przetrwało? - zapytał Erun, kiedy patrzyliśmy po tym, co z nas zostało.
- Z waszej szesnastki... - chciał odpowiedzieć Hodim.
- ...dziewięciu - dokończyłam szybko za niego.
- To chyba i tak nieźle - skomentował chłopak. - Jesteś ranna?
- Tylko dlatego że wzięliśmy najlepszych. - Posłałam mu groźne spojrzenie. - Mamy własnych medyków... Ruszać się! Nie mamy całego dnia! Pół godziny i każdy ma być gotowy do drogi!
Odwróciłam się na pięcie i poszłam do zacisza.
Polowanie zakończone.
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Sob Lut 18, 2017 11:35 am

Hodim

Posiedzenie Rady Ohadi zostało zakończone i od razu po nim zaczęliśmy zbierać się do podróży. Razem z Erunem i księciem Tonee staliśmy na placu, otoczeni sporą częścią mieszkańców wioski. Wśród nich był król, a obok niego Zahsa. My z chłopakiem mieliśmy nasz podstawowy ekwipunek - miecze świetlne i prowiant. Tonee natomiast, potężnie zbudowany królewski syn, dźwigał najwięcej sprzętu i swoją mosiężną, automatyczną kuszę.
Jeden z Togrutaninów, chudy sługa w okularach, podszedł i podał księciu jakiś papier.
- Proszę. Dzięki wszystkim dokumentom przygotowaliśmy mapę, która wskaże wam drogę.
Widziałem po błądzącym po wiosce wzroku Eruna, że jest niewyspany. Zahsa odebrała od kogoś torbę i przełożyła ją przez czerwone, obandażowane ramię.
- Dzisiaj wyruszamy, mistrzu? - zapytał blondyn.
Tonee wykonał jeszcze ukłon przed swoim ojcem i odwrócił się do nas.
- Idziemy - stwierdził książę.
- To chyba znaczy tak - domyślił się Erun.
Zahsa podeszła do nas, ruszając przez tłum, który się przed nią rozstąpił.
- TO chyba znaczy że tak - poprawiłem go.

Podróż trwała mniej więcej osiem godzin. Słońce już powoli zachodziło. W międzyczasie mieliśmy dwa postoje, aż w końcu znaleźliśmy się na małej wysepce, do której prowadził cienki, bardzo długi most zrobiony z kruchych desek. Pokrywający go wilgotny mech dodawał jeszcze większego wrażenia, że w każdym momencie możemy wpaść do wody. Na szczęście tylko książę złamał podest pod sobą i zanurzył stopę w chłodnej cieczy.
Na tej wysepce stała przed nami tablica oparta o niewysoki kamień. Miała mniej więcej wielkości Eruna. Były na niej wyryte różne znaki.
- To jest ta tablica, o której ci mówiłem, Erunie - wyjaśniłem.
Widziałem po nim spore zainteresowanie. Podszedłem do artefaktu i przejechałem po nim dłonią.
- Wyczuwasz coś, mistrzu, od tej tablicy?
Pokręciłem głową, patrząc na wyznaczone przez moje palce ścieżki startego kurzu.
- Więc skoro to nie tablica, to co? - dopytywał padawan.
- Co masz na myśli?
- Mogę sprawdzić także, mistrzu?
Tonee cały czas czujnie obserwował otoczenie, a badanie artefaktu polecił nam.
- Proszę. - Odsunąłem się o krok.
Erun Koth wyciągnął rękę w stronę tablicy i położył na niej dłoń, robiąc odcisk z kurzu na tablicy. Zamknął oczy i skupił się na wszechogarniającej to miejsce Mocy. Po chwili jego mina się skrzywiła.
- Spróbuję coś, mistrzu - ostrzegł mnie. - Bez obaw, nie będę wchodził w pustą medytację.
Pokiwałem głową.
- Spróbuj - pozwoliłem mu, zakładając ręce za sobą.
Erun położył drugą dłoń na tablicy. Ponownie widziałem, jak wydziela tę czystą, złotą i ciepłą aurę Mocy. Wyczułem, że padawan spróbował naładować artefakt, ale jakby cała energia rozeszła się po przedmiocie bez żadnego efektu.
- Coś tu nie gra - skomentował. - Mówiłeś, że tablica posiada potężną moc, prawda?
Zahsa podeszła ze zwężonymi oczyma do brzegu wody i ukucnęła przy niej.
- Dokładnie tak - potwierdziłem. - Dlatego tak bardzo mnie to niepokoi.
- Ta tablica stoi tutaj od wieków - wtrącił Tonee, patrząc na Eruna. - Nie ma w Ohadi Togrutanina, który by pamiętał jej początek.
- Więc to musi być coś innego - zastanawiał się człowiek.
- Co masz na myśli? - zapytałem.
- To chyba jakiś żart - mruknęła za nami Zahsa, wstając i obserwując ciągle taflę jeziora.
- Co zatem zrobimy? - szukał odpowiedzi Erun. - W zasadzie nie wiemy, że jest tutaj byt, który spacza istoty. Rozmawiał ze mną.
Wtedy wszyscy dostrzegliśmy, co wywołało ten komentarz Zahsy. W naszą stronę płynął jakiś mały punkt z dwoma brązowymi rogami, wyglądającymi jak malutkie płetwy. Erun był już gotowy do wyciągnięcia miecz. Gdy istota się zbliżyła, zrozumieliśmy, że to nie były rogi.
- Kota? - zapytał padawan.
Zahsa wbiła „Drzazgę” obok swojej bogi, podpierając o nią rękę.
- Jak tu podpłynie, to sama go wypatroszę.
Wtedy dostrzegliśmy, że coś w wodzie zaczęło gonić Kotę. Erun nie czekał. Wszedł do wody po pas i łapiąc oddech, zajrzał pod taflę, by zobaczyć co znajduje się za siedmioletnim Togrutaninem. Tonee wycelował kuszę w stronę polującej bestii, ale nie strzelał. Nie mógł ryzykować trafienia Koty. Gdy młodzieniec obejrzał się za siebie i zrozumiał, że jest ścigany, zaczął panicznie krzyczeć. Wtedy Erun podniósł się, a podwodny potwór sobie odpuścił gonienia dziecka.
- To ty jesteś źródłem tego całego zła i spaczenia - mówił, a ja nie wiedziałem do kogo. - Pokaż się!
Kota dopłynął do brzegu ze strachem wypisanym na jego młodej twarzy.
- Erun? - Zahsa spojrzała na niego, unosząc brew.
Tonee podszedł do Koty z torbą i wyciągnął z niej jakąś szmatą, którą wytarł Togrutanina.
- To była ta obecność, którą wyczułem na polowaniu.
Westchnąłem. Po ostatniej akcji rozmawiałem o tym wszystkim z Erunem i o tym, co tak właściwie się stało. Z jego relacji wynikało, że coś panuje nad zakażonymi stworzeniami. Jakiś mroczny umysł. Podobno nawet doznał wizji czerwonej strugi światła, cokolwiek to miało znaczyć.
- Jesteś pewny? - zapytałem.
- Jest pełna gniewu i złości. Absolutnie - zapewnił mnie.
- Dz-dziękuję - jęknął z zimna Kota.
- Dobrze się spisałeś, Erunie - skomentowałem krótko.
- Wiadomo skąd zaczęły przychodzić zakażone zwierzęta? - zwrócił się do Zahsy Erun.
Togrutanka spojrzała na niego z pewną dozą przejęcia.
- W tamtym kierunku zmierzamy - odpowiedziała.
- Jest o tyle straszny, że spacza zwierzęta - kontynuował padawan. - Gdy zacznie to robić z roślinami, będzie gorzej... Nigdy nie spotkałem się z czymś takim, czymś tak strasznym.
- Zostaniemy tu jeszcze godzinę - powiedziałem, rozglądając się po wielkim jeziorze, które mogło nas jeszcze zaskoczyć. Nawet mimo blasku zachodzącego słońca na jego tafli, wydawało się teraz niezwykle niebezpieczne. - Zajmiemy się badaniem tablicy i przy okazji odpoczniemy. Zwłaszcza Kota.

Rozbiliśmy obóz na lądzie. Płomień z ogniska dawał śpiący Togrutanom i Erunowi trochę ciepła. Stwierdziliśmy, że Kota zostanie z nami. Nie mogliśmy puścić go samego do wioski, a o powrocie też nie było mowy.
Medytując, przypomniałem sobie to, co powiedział ten młody blondyn. Czy moje podejrzenia są prawdziwe? Czy on naprawdę się tutaj znajduje? Niedługo się mieliśmy tego dowiedzieć.


Ostatnio zmieniony przez Talym dnia Sob Lut 18, 2017 5:17 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Sob Lut 18, 2017 4:37 pm

Hodim

Był dzień. Całą piątką wędrowaliśmy już piątą dobę. Docieraliśmy do końca podróży. Widzieliśmy to po zarażonej roślinności. Czasami widzieliśmy różne stworzenia, ale tym razem nie atakowały one nas. Towarzyszyły nam w podróży, jakby nas prowadziły. W pewnym momencie dotarliśmy do wgłębienia w ziemi. Całe było zarośnięte zarażoną roślinnością - trawa, drzewa, korzenie... Nawet stojące w miejscu strumyki były czarne i bulgoczące. W tym dole wszędzie chodziły zakażone vorantikisy, akule i inne stworzenia. Na końcu tego kanionu stał ołtarz a za nim - wysoki obelisk. Prowadził do niego szpaler tych wszystkich kreatur. Stały one i najwidoczniej na nas czekały.
Erun popatrzył po wszystkich z zapytaniem w oczach o to, co robimy.
- Stawiamy czoła Ciemnej Stronie - wyczytałem jego otwartą na moment przez brak czujności myśl.
Padawan chwycił za miecz świetlny.
- Niech Moc będzie dzisiaj z nami.
Ruszyliśmy dalej przez tunel potworów. Kątem oka widziałem, jak jakiś akul pił z czarnego strumienia. Podeszliśmy pod ołtarz. Leżały na nim przeróżne artefakty - medaliony, pierścienie, holokrony Sithów, tablica... Ta sama tablica, którą badaliśmy. A w każdym razie wyglądała na taką samą. Przy ołtarzu stała mrocznie ubrana postać. Czarna szata przykrywała jej ciało, zostawiając odsłonięte tylko potężne ramiona Carhara o szarej sierści, które rozłożył, jak podczas przeprowadzania rytuału. Czekałem tylko, aż ściągnie kaptur. Jego oczy jak i obelisk emanowały czerwonym światłem, które leciało cienkim strumieniem do góry.
- Nareszcie przybyliście - odezwał się jego spotęgowany głos. Brzmiał jak chór mrocznych dusz Sithów. - Mój pan się niecierpliwił.
- Dlaczego twój pan niszczy tę planetę? - zapytał odważnie Erun.
- Żeby dostać to, czego chce. - Skierował swój wzrok na padawana.
-To więc ty spaczyłeś te wszystkie stworzenia. Czego chce twój pan na tej spokojnej planecie?
Wtedy Erun uniósł się nad ziemię, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Widziałem po Kocie ogromne przerażenie, prawie płakał. Książę Tonee chwycił za kuszę i wycelował nią w Cathara. Zahsa za to wyjęła „Drzazgę”.
- Ciała - odpowiedziała postać.
- Ciała?! - kontynuował rozmowę Erun. - Nie dostanie go!
Wtedy Tonee wystrzelił w stronę Cathara, jednak bełt zamienił się przed twarzą użytkownika Ciemnej Strony w żar i zniknął. Zahsa rozpędziła się i skoczyła na niego z ostrzem, jednak równie szybko została odepchnięta. Przeciwnik nawet nie kiwnął w naszym kierunku palcem.
- Puść go - powiedziałem spokojnie.
Kota patrzył za siebie, obserwując dwa rzędy bacznych, zakażonych i kontrolowanych stworzeń.
- Mistrzu, czas to skończyć. - Odpaliłem miecz o niebieskiej klindze.
Erun został wypuszczony, a Cathar opuścił swoje dłonie i ściągnął kaptur. Pokazał swoją na wpół skażoną twarz, pokrytą szarą sierścią. Nie przypominał już tego Mistrza Jedi Crandyrra, którego znałem. Zahsa rzuciła mi wtedy złowrogi wzrok. Nie dziwiłem się jej. Zapewne utwierdziła się w tym, że jestem zakałą wioski. Że nie potrafiłem nawet odnaleźć swojego Mistrza i powstrzymać go od przejścia na Ciemną Stronę. A dokładniej - przeciągnięcia. Wszystkie badania, które dotąd prowadziłem, śledztwo... prowadziło do jednego. Do tego, czym teraz jest. Coś przejęło nad nim kontrolę i wykorzystało go dla swoich celów. Owszem, czułem tęsknotę i zobowiązanie do Shili, ale cały czas byłem Rycerzem Jedi. Moim zadaniem wyznaczonym przez Zakon było odnalezienie go. Rada trafiła na ślad, który by świadczył o jego obecności na tej planecie. Niestety nie znalazłem niczego, co pomogłyby mi to odpowiednio szybko zakończyć. Potrzebowałem czasu, lat, by odkryć coś konkretnego. Wiedziałem, że Moc mnie prowadzi. Dlatego, kiedy Zakon uznał Mistrza Crandyrra za zaginionego, nie poddałem się. Powiedziałem im, że zostaję tutaj - w Ohadi. Niedługo później zostałem poinformowany o odebraniu tytułu Rycerza Jedi. Musiałem poświęcić życie na rozwiązanie tej zagadki.
- Jedynie bliźniacze ciało odpowiada bliźniaczemu ciału. - Cathar ponownie rozpostarł swoje ręce szybkim ruchem, a promień czerwonej energii wydobywającej się z obelisku wzmocnił się i posłał jedną większą wiązkę do nieba.
Erun wylądował gładko na nogach, po czym wyciągnął ponownie miecz i odpalił go. Zielone światło wydobyło się z miecza, a padawan u mojego boku. Spojrzał na Kotę i powiedział mu krótko: - Schowaj się.
Uśmiechnąłem się łagodnie do Eruna. To ten chłopak spowodował, że ponownie potrafiłem wyrazić swoje zadowolenie.
- Jeżeli wyjdziemy z tego cało, zrobię wszystko, żebyś został moim padawanem. - Odwróciłem się do reszty. - Kota, zrób to. Książę Tonee, księżniczko Zahso, zajmijcie się stworzeniami. - Ponownie spojrzałem na Cathara. - Nie chcemy walczyć. W imieniu Zakonu Jedi proszę cię, Mistrzu Crandyrr, byś poddał się osądowi Mocy i Republiki. - Wycelowałem w niego klingą.
Kontrolowany Cathar nic nie odpowiedział. Kiwnął jedynie palcem, a wszystkie stworzenia rzuciły się w naszą stronę. Szybkie akule i potężne vorantikusy stworzyły przerażającą szarżę. Kota już dawno zniknął z wzroku. Bestie skaczące na Zahsę ginęły w ciągu kilku sekund od ciosów zadawanych "Drzazgą". Ich czarna krew zalewała skórę Togrutanki. Kusza Tonee natomiast trafiała w vorantikusów. Jeden dostał prosto w oko i chwilę później leżał martwy. Cathar za to sięgnął do pasa i chwilę później w jego rozpostartych rękach znajdywały się dwa miecze świetlne o czerwonych klingach. Wystarczyło mu wykonać lekki skurcz nóg, by chwilę później skoczyć przede mnie i Eruna. Przyjąłem na na swoje niebieskie ostrze wspomagane stylem Soresu atak nieprzyjaciela, a padawan Koth zamachnął się z formą Shii-Cho i spróbował ciąć na sferę piątą: prawą nogę. Crandyrr odbił atak Eruna jednym mieczem, a drugim ciągle na mnie nacierał. Słyszałem w tle jęki wysilającej się Zahsu i czułem siłę stąpających vorantikusów. Cathar ryknął w jakiś sposób wzmocniony Mocą i tym samym odsunęliśmy się od niego z padawem Kothem, szurając obuwiem o suchą, zimną ziemię. Były Mistrz Jedi wyłączył miecze i skierował w naszą stronę swoje kocie łapy. Chwilę później uginaliśmy się pod niewidocznym ciężarem, czując równocześnie pulsujący ból w całym ciele.
- Synchronizacja! - krzyknąłem mimo bólu, próbując przekrzyczeć wszystkie zwierzęce głosy. - Pchnięcie Mocy na raz... dwa... trzy! - Wyciągnęliśmy ręce w tym samym momencie, a ból ustał.
Crandyrr zasłonił się rękoma, jednak atak nic mu nie zrobił. Nie czekając, rzuciłem się na niego. Wtedy na ołtarzu zaświecił jeden z artefaktów.


Kota

- Mistrzu! - usłyszałem krzyk Eruna.
Wychyliłem się zza ogromnej gałęzi i zobaczyłem, że pan Hodim leży na ziemi. Ten miły padawan zaczął biec w jego stronę, ale nagle uniósł się nad ziemię. Ten potwór wyłączył miecze i zaraz był przy nim.
Rozejrzałem się. Musiałem coś zrobić, musiałem...
Wróg przyłożył kciuk do czoła Eruna, a ten skamieniał.
„Jestem odważny, jestem odważny”.
Ruszyłem.
Obelisk przestał wydzielać energię i zaczął ją do siebie przyciągać.
Patrzyłem zza ołtarza na plecy mrocznej postaci. Przeniosłem wzrok na te złe przedmioty. Wiele z nich świeciło. Chwyciłem za jeden i złamałem go wpół. Inny rozbiłem o kamień. A jeszcze inny wyrzuciłem jak najdalej. Moje dłonie... Były jakieś silniejsze.
Puścił go! Erun jest uwolniony! Pan Hodim wstaje! Tak!
O nie... Spojrzał na mnie! Jego oczy...
Uniosłem się. Nie mogę się ruszyć! Boli... wszystko boli! Moje ramię... wszędzie widzę żyłki. Płakałem, ale nie przestawało. Przecież łzy leczą.
- Nie! - krzyczałem, ale zły nie puszczał. - Błagam, pomocy! Nie!!!
Moja szyja! Nie mogę oddychać... Trzyma mnie bardzo zimną ręką.
- Kota! - krzyknęła księżniczka.
Aua...
To światło... boli, kuje...
Podniosłem dłoń. Tak sama się zrobiła. Była taka... silna. Zły odleciał. Poleciał do tyłu i puścił mnie. Popchnęło go coś do tych zwierzątek. Czy to byłem... ja?
Już nie boli. Czerwony laser zniknął.
Tatusiu...? Mamo...? Te akule już was nie gryzą? Pobawimy się...?

Hodim

Kota leżał na ziemi...
- Nie!!! - krzyczał Erun.
Zaczął biec w stronę Crandyrra z odpalonym mieczem. Catharskie ciało mojego byłego mistrza powoli wstawało, odwrócone do nas plecami. Zahsa podbiegła do Koty i złapała go za tę małą główkę, a Tonee wycofywał się, ciągle strzelając do stworzeń.
Pobiegłem za Erunem. Wtedy rozległ się wybuch. Obelisk, który wcześniej ściągał energię, rozproszył ją teraz po całym niebie. Wszystkie kreatury zatrzymały się. Książę przestał wtedy strzelać, a Zahsa rozejrzała się po czerwonym nieboskłonie.
- To koniec Zarazy? - zapytał Tonee.
- Jeszcze nie - powiedział Erun, spojrzawszy na Cathara. Widziałem po nim gniew.
Kiedy Crandyrr się odwrócił, ujrzałem tę dawną twarz nieskażonego Ciemną Stroną Mistrza Jedi. Jego sierść była jasna, częściami brunatna. Tak, jak zapamiętałem. Cathar wstał i spojrzał ze zdezorientowaniem w oczach na biegnącego w jego stronę padawana.
- Nie ma emocji... jest spokój - rzekł.
Nawet bez wpływu Ciemnej Strony jego ciało było potężne. Był jak potężne drzewo, będące ostoją dla żyjących w pobliży stworzeń. Takiego go pamiętałem... Erun zatrzymał się i zawahał. Podniósł na niego miecz, ale zatrzymał cios.
- Nie - powstrzymał się - nie w gniewie. Nie tym razem. To nie jest droga Jedi. Nie, to nie moja droga - stwierdził, wyłączając miecz.
Podszedłem do niego i złapałem go za ramię.
- Nie, to nie jest koniec - stwierdził Crandyrr, patrząc na niebo.
Chmury jakby były splecione z czerwoną energią. Rozległy się grzmoty i chwilę później na ziemię spadł deszcz. Wszyscy rozglądaliśmy się dookoła, obserwując sytuację. Wraz z anomaliami stworzenia powróciły do działania. Ponownie zaczęły biec w naszą stronę. Crandyrr odpalił swoje miecze i stanął przed Erunem i mną, stając twarzą w twarz z pędzącą furią kreatur. Padawan patrzył to na mnie, to na Cathara.
- Musimy to zakończyć - rzekł, po czym stanął przy mnie.
Zahsa złapała za „Drzazgę” i wraz z Tonee wrócili do walki. Mistrz Crandyrr wziął na siebie dwa vorantikusy, wymijając ich ciosy w taki sposób, jakby to on kontrolował ich ruchy. Ciąłem akule po ich zarażonych ciałach, kusza księcia wystrzeliwała bełty, a Zahsa jak zwykle czuła się jak w żywiole, pokazując, kto tutaj jest alfą stada. Erun stanął prosto i chwycił miecz niczym adept Makashi. Pobiegł najpierw w stronę pierwszego akula, uchylając się tylko tak nieznacznie od ciosu, by ten go nie dosięgnął, po czym zanurkował mu pod łapą, tnąc po nodze. Następnie zrobił mały rozbieg i wślizgiem dostał się pod niego w momencie, kiedy łapska bestii uderzyły o ziemie, i ciął po lewej nodze.
Stworzenia ciągle przybywały.
- Stado, zebrać się! - zleciła Zahsa i wszyscy skupiliśmy się w jednym miejscu, by razem odpierać ataki.
W końcu Toneemu zostały tylko dwa bełty. Złapał po jednym w dłoń i tak kontynuował walkę.
- Jest ich zbyt wiele - zauważył Erun. - Nie powstrzymamy ich wszystkich!!! Musimy się wycofać!
- Wszyscy bronić Eruna! - rozkazałem.
- Po co?! - zapytała z oburzeniem Zahsa, nabijając łeb akula na swoją broń. - Oddajmy go.
- Nie - zaoponowałem. - Erun jest naszą jedyną szansą. Padawanie Koth - zwróciłem się do niego - jesteś naszą jedyną szansą . - Powtórzyłem się, by zwrócić jego uwagę. - Podczas polowań poznałeś życie w stadzie. Wiesz, jak to wygląda. Obserwowałeś Zahsę. Skup się na tym. - Cały czas ciąłem zbliżające się akule. W pewnym momencie przerzuciłem jednego z nich nad naszymi głowami Mocą w nadbiegającą kolejną grupkę. - Postaw się w roli alfa. Niech te zwierzęta poczują, że to ty jesteś ich dowódcą. Przekaż im, że to ty jesteś osobą, która jest godna posłuszeństwa.
Erun na chwilę osłupiał, po czym szybko pokiwał głową. Stanął i zamknął oczy, wyciągając dłoń w stronę bestii. Wtedy ja, Zahsa, Tonee i Crandyrr otoczyliśmy go, broniąc przed atakami. Zahsa ciągle wydawała okrzyki, zdychające zwierzęta jęczały. Togrutanka jednym ruchem przecięła dwa akule. Książe wbił swój bełt w spód czaszki skaczącego na niego zwierzęcia. Walka była zacięta. Widziałem, jak powoli wszystkich opadają siły. Wydawało się, że wszystko jest skończone. Nasza krew zlewała się z krwią wrogich stworzeń. Jakby tego było mało, Erun zaczął się dziwnie zachowywać. Jego ciało się trzęsło, a pot spływał po jego młodej twarzy. Akule nie przestawały nacierać.
- Coś mu nie idzie! - wykrzyknęła Zahsa.
Z rubinowych chmur padał chłodny deszcz, który zacierał momentami nasz wzrok. Dzięki montralom widziałem, jak Crandyrr posłał falę Mocy, która powaliła wiele agresywnych zwierząt.
- Nie pozwólcie przerwać połączenia - powiedział spokojnym głosem, po czym wyłączył oba miecze świetlne i położył swoje okryte mokrą sierścią dłonie po obu stronach twarzy Eruna.

Crandyrr

Znalazłem się obok tego młodego padawana. Staliśmy w ciemności. Jedynie on dawał światło... Mroczny byt, inkarnacja Ciemnej Strony. Jego postać składała się tylko z ukształtowanej w wysokiego mężczyznę czerwonej energii. To on wykorzystał mnie do tego, bym wypełniał jego wolę.
- Nie ma emocji - jest spokój - zacząłem recytować, przypominając sobie dawne medytacje na Coruscant. - Nie ma ignorancji - jest wiedza. - Szukałem artefaktów, by walczyć z Ciemną Stroną. - Nie ma pasji - jest pogoda ducha. - Wywołał we mnie chęć czynienia czegoś wielkiego, wykroczenia poza granice. - Nie ma chaosu - jest harmonia. - On ją chciał zburzyć. - Nie ma śmierci - jest Moc. - Nie bałem się go.
- Mistrzu! - krzyknął padawan. - Muszę się z tego wydostać. Zahsa, Hodim i książę są w niebezpieczeństwie!
Popatrzyłem na „Pana”, jak go zwykłem nazywać. Stał przed nami. Czułem jego narastający gniew, wynikający z mojego powodu.
- Wydostaniesz się - zapewniłem chłopca.
- Miałeś mi służyć! - wykrzyknęła esencja histerycznym głosem. - Miałeś być pod moimi rozkazami!
Spojrzałem na padawana. Tamten Togrutanin złamał pieczęć wiszącą na mojej szyi. Wyzwolił mnie spod kontroli. Uniosłem dłoń. Czerwone światło zaczęło lecieć w naszą stronę.
Błysk.
Poczułem upadek swojego ciała.
Byłem teraz z nim sam na sam.

Hodim

Wszystkie bestie stały w miejscu. Już nie atakowały.
Erun od razu po przebudzeniu kucnął przy Mistrzu Crandyrrze.
- Przepraszam - mruknął. - Szlag by to. nie jestem wystarczająco mocny, ale... ale muszę chociaż coś zrobić!
Deszcz zmywał krew z naszych ciał. Niebo pozostawało przy swoim niezwyczajnym stanie. Padawan Koth położył obie dłonie na Catharze. Prawie padał z sił, ale mimo to nie poddawał się. Wtedy cierpiący Crandyrr złapał go szybkim i mocnym uściskiem za rękę. Pokręcił głową i popatrzył po nas.
- Musicie mnie zabić - powiedział bez zawahania. - Przyjąłem go na siebie, teraz on próbuje przejąć mnie - mówił z ogromnym trudem, ciągle napinając ciało.
- Nie! Tak nie można! - sprzeciwiał się Erun.
Widziałem po swoim dawnym mistrzu ogromną walkę - wewnętrzną i zewnętrzną.
- Zróbcie to! - Warknął, jakby na moment znowu przejęła go Ciemna Strona Mocy.
Zahsa pierwsza wyciągnęła broń.
- Odsuń się, człowieczku - powiedziała, trzymając „Drzazgę” nad ciałem Cathara.
- Nie. - Zatrzymałem ją. - Ja to zrobię.
To było właśnie moje zadanie. Albo dopiero początek. Zaraza, Ciemna Strona czy Pan musiał zostać zatrzymany. Wiedziałem, że nie skończy się to na Mistrzu Crandyrrze. Tak naprawdę to to się nawet nie zaczęło od niego. On był tylko pośrednikiem - zapasowym planem.
Padawan nie chciał odstąpić i próbował desperacko uratować Cathara.
- Erunie, spójrz na mnie - powiedziałem niskim głosem.
Szkliste oczy blondyna skupiły się na moich. Prosiły, bym tego nie robił. Położyłem rękę na jego ramieniu.
- Nie ma chaosu - jest harmonia, pamiętasz? - zapytałem. - Nic nie dzieje się bez przyczyny. Musimy zaakceptować pewne wybory. Wyborem Mistrza Crandyrra było poświęcenie się. Tak samo postąpił Kota. Zrobili to, by uratować Galaktykę. Zwycięstwo jednak będzie kosztowało nas wiele poświęceń, a to jest jedno z nich.
Erun spuścił głowę i rzekł:
- A więc to wola Mocy?
- Tak, to jest wola Mocy.
- On... - odezwał się Crandyrr. - Musicie szukać... Bliźniak... Siostra...
- O czym on mówi? - zapytała zdezorientowana Zahsa.
- Nie zginie... Zatrzyma... Równowaga... - Już ledwo walczył i powstrzymywał mroczny byt. - Nie ma śmierci... - W tym momencie jego oczy zaczynało na nowo pokrywać czerwone światło.
Wiedziałem, że ostatnie słowa oznaczały jego gotowość. Z emitera wysunęła się niebieska klinga, która wyparowywała najbliższe krople wody.
- ...jest Moc - dokończyłem, kończąc równocześnie żywot Cathara.
- Twój czyn zostanie zapamiętany, Mistrzu Crandyrr - powiedział cicho Erun - jak i twój, Kota. Niech wasze dusze połączą się z Mocą.
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Wto Lut 21, 2017 6:38 pm

Po zakończonej misji Hodim, Erun, Zahsa i Tonee wrócili do wioski bez problemów. Droga powrotna jednak mimo to była o wiele cięższa. Wspomnienie o martwym Kocie towarzyszyło im przez cały czas. Nawet Hodim nie potrafił się z tym wszystkim tak po prostu pogodzić. Padawan Koth nieraz widział, jak jego nieformalny mistrz spędza całe noce na medytacji. Dla niego to wszystko było podwójnym ciosem. Nie stracił jedynie swojego podopiecznego, który uratował im życie, ale również dawnego mentora. Nie odebrało mu to jednak równowagi. Znał swoją misję i cały czas dążył do wypełnienia jej. Opuścił Zakon dla powodzenia powierzonego mu zadania, ale nigdy tak naprawdę nie przestał być Jedi.

Tydzień później wrócili na miejsce zdarzenia, żeby zebrać próbki, artefakty i martwe ciała. Badania poprowadzone pod okiem Hodima pozwoliły poznać przyczyny spaczenia istot. Okazało się, iż Mistrz Crandyrr kontrolowany przez mroczny byt, zwany później przez mieszkańców planety „Zarazą”, użył Alchemii Sithów do modyfikowania stworzeń. Modyfikacje te usprawniały ich funkcje ofensywne oraz defensywne, a także w połączeniu z jednym z artefaktów dawały możliwość bardzo łatwej kontroli umysłu. Zmiany te wprowadzał do ich ciała poprzez zatrute wody. W ten sposób Cathar wytworzył sobie wojsko, które wykorzystywał do wprowadzenia chaosu na Shili. Zbadane artefakty za to były odpowiedzialne za sprowadzenie Zarazy. Miały one pomóc w zesłaniu ciemnej esencji i przekazaniu jej ciała Eruna. Okazało się również, że tablica sprawdzana wcześniej przez Hodima i jego ucznia została podmieniona przez Crandyrra i dlatego nie wykazywała żadnych specjalnych właściwości.

Jednym z najbardziej przygnębiających, ale równocześnie napędzających do działań momentów był pogrzeb Koty. Togrutańska mentalność odeszła tutaj na bok, kiedy uznane za bohatera dziecko było pokrywane ziemią. Słone łzy komponowały się z mdłym deszczem. Owszem, jeżeli ktoś nie potrafił sobie poradzić z zagrożeniem nawet jako kilkuletnia osoba, był automatycznie skreślany i pozostawiany na pastwę własnego losu. Tutaj jednak nikt nie odebrał tego w ten sposób. Kota był gwiazdą Ohadi rzucającą światło nadziei na planetę. Razem z nim została chwalebnie pochowana jeszcze jedna osoba – król Muusa. Okazało się, że zmarł tego samego dnia, którego misja została zakończona. Władzę po nim przejął jego syn – Tonee. Crandyrr za to nie doczekał się własnej ceremonii pogrzebowej. W takim wypadku Hodim i Erun postanowili go pochować osobiście.

Crandyrr jednak miał rację – to nie był koniec. Mroczna istota została przywołana na Shili i kontynuowała swoje plany. Nie poddała się. Za każdym razem, gdy się pojawiała, niebo spowijała przytłaczająca czerwień. Krwiste chmury wydobywały z siebie zachrypły, niski i jakby wzmożony najchłodniejszymi wiatrami głos. Jego wypowiedzi skupiały się na jednym – Erunie. Choroby mnożyły się niewyobrażalnie szybko, jedzenia było jeszcze mniej, przez „przypadek” ginęło coraz więcej Togrutan, a do tego wszystkiego przyznawał się on – Zaraza. Jakby tego było mało, jakimś sposobem udało mu się zyskać władzę nad zmodyfikowanymi stworzeniami.

Przez jakiś czas Hodimowi i królowi Tonee udawało się powstrzymywać wioskę przed wydaniem padawana, jednak zdawali sobie sprawę, że nie mogą tak działać do końca. Gdy togrutańska społeczność była już na skraju wytrzymałości i mroczny byt dał jej ostatni tydzień na podjęcie decyzji, Rada Ohadi zwołała specjalne posiedzenie. Wiele pobliskich osad zebrało się, by razem omówić tę sprawę. Wielka Rada zadecydowała większością głosów – Erun musi zostać ofiarowany dla dobra tysięcy istot. Padawan został zamknięty razem z Hodimem, który był ryzykiem, mogącym, będąc na wolności, w każdej chwili uwolnić swojego ucznia.

Minęły dwa dni od spotkania Rady i łącznie dwa lata od powstrzymania Crandyrra. Kolejnego poranka młody chłopak miał zostać oddany w posiadanie Zarazy. W nocy przed tym dniem Hodim i Erun zostali obudzeni przez zamaskowaną, togrutańską postać. Wyprowadziła ona ich z więzienia. Po drodze spotykali nieprzytomnych strażników. Zaraz po opuszczeniu budynku poznali w tej nieznanej osobie Zahsę. Zabrała ich do rodziny Darnell, która opiekowała się Erunem przez jego pierwszy rok pobytu na Shili. Znajdywał się u nich ukryty statek, którym dawna mistrzyni padawana Kotha – Kershan –wysłała swojego ucznia na tę togrutańską planetę. Cała trójka – Hodim, Erun i Zahsa – przeczekała u rodziny noc i nad ranem wyruszyła w poszukiwaniu schronienia poza planetą Shili, a także kogoś zdolnego pomóc w walce z Zarazą…
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Talym on Nie Cze 11, 2017 4:10 pm

Hodim

Ostatnimi czasy byłem bardzo zajęty. Nawet nie mogłem poświęcić odpowiedniej uwagi swojemu uczniowi. Na szczęście potrafił się sam sobą zająć. Chociaż... czy to dobrze?

Siedziałem w niewielkiej sali przydzielonej mi przez Zakon do zbierania informacji. Przyniosłem tutaj wszystkie datapady, holokrony, pergaminy i inne źródła wiedzy. Pomieszczenie było jasne. Światło wpadało do niego poprzez dwa wielkie okna. Wzdłuż ścian ciągnęły się stoły, półki, biurka i wszystko to, co było przykryte ważnymi dla mnie przedmiotami. Ściany z bladej skały dodawały dodatkowo czystości temu pomieszczeniu. Czysta konstrukcja obecnych tu dawniej valiriańskich Jedi.
Siedziałem przy zebranych dokumentach, prowadząc kolejne badania. Przede mną wyświetlały się zdjęcia zarażonych akuli z Shili, sprawozdanie Eruna na temat skażonego Padawana i wiele innych informacji.
- Rakata Prime, Shili, Tatooine, Voss, Tython... - wymieniałem cicho, spoglądając na mapę galaktyki.
Nic z tego się nie składało w całość. Miejsca wyglądały na przypadkowe. Jedynie Rakata, gdzie wszystko się zaczęło, miała sens.
Współpracując z Radą Jedi i obecnym archiwum, udało mi się ustalić początek wszystkiego. Grupa złożona z członków Tarczy i najemników poleciała pod dowództwem Arduna, brata bliźniaka Eruna, na Rakatę. Tam zmierzyli się z pierwszymi pośrednikami Zarazy. Wtedy chcieli wykorzystać Arduna jako pojemnik dla bezcielesnego bytu. Nasi wygrali walkę, ale nie zdołali powstrzymać uwolnienia tej istoty. Zanim Republika zamknęła tę świątynię, Tarcza zabrała stamtąd Runiczną Urnę, która podobno jest w stanie zadziałać niczym więzienie dla Zarazy. Wszystko wygląda tak, jakby ten „Pan”, jak również mają w zwyczaju go nazywać, wszystko zaplanował już dawno temu. Zniknięcie i opętanie Mistrza Crandyrra, który sprowadził wszystko na Shili, miało miejsce jeszcze przed Rakatą. Był planem zapasowym. Wracając do sprawy pozyskiwania ciała, Ardun i Erun są bliźniakami. To ich obu chciał pozyskać Zaraza. Jeden z nich jest wrażliwy na Moc, drugi nie...
Spojrzałem na pęknięty amulet. Ciemny artefakt nie emanował już żadną aurą od momentu, kiedy umierający Kota go zniszczył, uwalniając tym samym Crandyrra spod władzy wrogiego bytu. To i informacje z Rakaty pokazują, że są dwa sposoby na uwolnienie kogoś spod wpływu Zarazy - zniszczenie przekaźnika lub zadanie wysokich obrażeń.
Zacząłem machać palcem po hologramie, przesuwając na bok zdjęcia, aż znalazła się przede mną twarz młodej Echani. Członkini Tarczy, obecna na wyprawie na Rakata Prime, uzdolniona w zakresie mechaniki - Isminah. Ardun twierdzi, że zabrała ze sobą maszynę z zamkniętym w środku rakatańskim duchem. Podobno był on strażnikiem świątyni, z której uciekł Zaraza.
Było jeszcze jedno...
Spojrzałem na ciężką skrzynię spoczywającą pod ścianą. Podszedłem bliżej i otworzyłem ją. Od razu poczułem chłód, mimo że dookoła panowało przyjemne ciepło. W środku znajdował się cylindryczny, owinięty w jasny materiał przedmiot. Wszystko dookoła jakby zamilkło. Powoli zbliżałem twardą dłoń do szmaty, żeby móc ją odwinąć i...
Czym prędzej zamknąłem skrzynię.

Z każdą chwilą przebywania obok tego przedmiotu byłem coraz bardziej pewny, że jest to broń Zarazy. Na razie trzymam ją, by nie dostała się w nieodpowiednie ręce, ale może niedługo uda mi się znaleźć dla niej jakieś odpowiednie zastosowanie...?
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ohadi

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach