Niechciany gość

Go down

Niechciany gość

Pisanie by Kamzo on Czw Mar 16, 2017 1:13 pm

Poniższy tekst nie wyszedł spod mojego pióra, powstał jednak w wyniku wspólnego rp, a całość publikuję na prośbę autora/autorki.

NIECHCIANY GOŚĆ - CZĘŚĆ 1

Sirri była piękną kobietą, która wraz z mężem mieszkała na tej zapomnianej lecz pięknej planecie od około trzech lat, od kiedy Wieczne Imperium zaatakowało. Mieszkali tu, na Zewnętrznych Rubieżach, daleko od zgiełku galaktycznego. Daleko od wojny.

Kush i Sirri dorobili się dwójki pociech - starszego Lih i młodszej Tisi. Dzieci były podobne do matki. Miały tę samą karnację i piękne gęste włosy. Tylko oczy miały po ojcu. Kush zawsze śmiał się, że to akurat dobrze - Sirri jest zdecydowanie bardziej urodziwa niż on.
Cała czwórka mieszkała na farmie eopii. Daleko od miast, od cywilizacji. Kush raz na jakiś czas jeździł na targowiska by sprzedać wybrane okazy. Lih uwielbiał gdy ojciec brał go wtedy ze sobą. Dwulatek (choć obcy szacowali jego wiek na trzy, czasem trzy i pół lat) pomagał w opiece nad zwierzętami, poił je i czesał skórę (oczywiście tylko fragmentów ciała, do których dosięgał). Nie lubił jednak gdy Kush dobił targu z miejscowym i musiał oddać swojego przyjaciela nieznajomemu. Płakał wtedy bardzo głośno i prosił tatę by nie sprzedawał Gora, Tora albo Luji. Kush także nie lubił tych momentów. Jego serce pękało za każdym razem gdy widział łzy syna, który reagował emocjonalnie na wieść o utracie któregoś z przyjaciół. Po wszystkim zawsze zabierał Liha do pobliskiej jadłodajni, na coś pysznego i mało zdrowego. Na coś, czego Sirri nigdy by nie podała.
W tym czasie dziewczyny rządziły w kuchni, trochę sprzątały (głównie Sirri) i spędzały czas na zabawach edukacyjnych, aby zachęcić Tisi do wypowiedzenia pierwszego słowa, czy postawiania pierwszego kroku.

Tego dnia Kush wybrał się na targowisko wraz z Lihem. Właśnie wrócili z miasta i syn opowiadał mamie ile to eopii przehandlowali i co zamówił do jedzenia. Ojciec natomiast rozpoczął porządki w stajni reorganizując przestrzeń po sprzedanych zwierzętach.
Sirri usłyszała pukanie do drzwi. Trzymając małą Tisi na biodrze, ruszyła w stronę wejścia do domu, a synek popędził za nią depcząc jej po piętach, ciekaw któż to mógł ich odwiedzić. Otworzyła drzwi, stał w nich dojrzały togrutanin płci męskiej.
- Witam, czy mogę panu jakoś pomóc? - zapytała wesoło. Jednak jej nastawienie momentalnie się zmieniło gdy spostrzegła zakrwawione ubranie, luźno zwisającą rękę i dziwną minę gościa. Wyglądał jakby zobaczył ducha, dodała więc szybko. - Mogę jakoś pomóc?
- Ja... nie mam złych zamiarów. - Togrutanin chciał powiedzieć coś innego, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Aby zaakcentować ostatnie słowo podniósł ręce do góry (przynajmniej jedną) w geście poddania. - Miałem wypadek, potrzebuje pomocy. - Gaemaliel zachwiał się i stracił równowagę.
- Kush! - zawołała gospodyni w stronę pola. Odłożyła dziecko na podłogę i pomogła wstać obcemu na nogi. - Lih, biegnij po tatę, szybko!
Sama pomogła wejść rannemu do domu i posadziła go na pobliskim fotelu męża, po czym wróciła do Tisi by odłożyć ją do kojca. Do salonu wparował zdyszany Kush. Ogarnął wzrokiem cały salon. Jego oczy biegały od Sirri do nieznajomego.
- Co on tu robi? Sir, kłopoty nie są nam potrzebne. Wiesz przecież...
- Wiem, wiem. Sama ich nie szukam. Jednak nie mogłam się odwrócić plecami od potrzebującego. Tak nie można Kush.
- Czasami nie mamy wpływu na niektóre rzeczy - dodał cicho togrutanin.
Gospodarz go zignorował. Przez chwilę przyglądał się swojej żonie, po czym westchnął w geście poddania i podszedł do niespodziewanego gościa, ukląkł przy nim i zaczął badać jego rany.
Po podaniu leków nasennych ranny prawie momentalnie zasnął (lub zemdlał, Sirri nie była pewna).

Gdy togrutanin obudził się, był już ranek. Pierwsze co zobaczył to uśmiechającą się twarz Sirri. Była zmęczona, ale radosna.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że czujesz się dobrze? - przywitała chorego, który teraz zajmował łóżko w pokoju gościnnym na piętrze. - Jestem Sirri. - Na te słowa nieznajomy lekko posmutniał, zupełnie jakby spodziewał się innego imienia. - Mężczyzna, który cie opatrzył to mój mąż, Kush. Spałeś przeszło dwa dni.
- Jest mi zdecydowanie lepiej, dziękuję. - Togrutanin rozejrzał się po pokoju, a jego wzrok zatrzymał się na podartym, ciężkim płaszczu, który do niego należał. - Jestem... - wziął głęboki oddech, ale Sirri miała wrażenie, że tylko maskuje wahanie. - Jestem Gaemaliel. Mój statek został zestrzelony nad atmosferą tej planety. Udało mi się wylądować prawie bez szwanku nieopodal waszego domostwa. Tak właściwie, to co to za planeta?
- Mieszkamy tu prawie trzy lata, ale nigdy tego nie sprawdzaliśmy. Teraz, gdy całą galaktykę ogarnęła wojna, nie ma to większego znaczenia. Tu jesteśmy bezpieczni. - Po tych słowach Sirri spojrzała przez okna na pola, gdzie Kush wypasał eopie.
- Czy masz na myśli atak Imperium Zakuul? - dopytał Gaemaliel i przymknął na dłuższą chwilę oczy. - Mój wypadek to też ich sprawka.
Oczy Sirri jakby się powiększyły, a wszystkie mięśnie spięły.
- Możesz już chodzić? - nie czekała jednak na odpowiedź i dodała. - Wstawaj!
Togrutanin przyglądał się jej uważnie przez chwilę.
- Raczej tak - i spróbował wstać co łączyło się jednak z co najmniej średnim bólem. Syknął z wysiłku.
- Jeśli Zakuul cie szukają, nie możesz tu pozostać. Nie narażę życia moich dzieci dla ciebie. Dla nikogo.
- Masz absolutną rację - zgodził się Gaemaliel stękając przy tym z wysiłku. - Wybacz mi, nie miałem pojęcia kogo tu zastanę - spojrzał na siebie jakby szacując ,,straty'', po czym wzrokiem wrócił do Sirri. - Będę za chwilę gotów do drogi. Masz tu jakiś drewniany przedmiot? Na przykład łyżkę?
- Eeee... - Gospodyni rozejrzała się po pokoju i dostrzegła starą zabawkę Tisi - kijek, na końcach którego znajdowały się grzechotki. Podała go togrutaninowi.
- A po co ci to? - dopytała zainteresowana.
- Zaraz się przekonasz, moja droga - uśmiechnął się do niej przyjacielsko i wyciągnął dłoń w wyczekiwaniu na drewniany przedmiot.
Sirri mu go podała, po czym wzięła na ręce córę, która kręciła się pod jej nogami.
Gaemaliel zacisnął zęby na grzechotce, podwinął rękaw na złamanej ręce i pomacał kości. Gładził złamanie. Sirri mogłaby przysiąc, że widziała ledwie widoczną poświatę, okalającą jego ranną rękę. Togrutanin krzyknął, zduszając siłę wrzasku w sobie. Ręka nie była całkowicie zdrowa, zdecydowanie jednak gość przyśpieszył lecznicze właściwości humanoidów i leków, które Kush mu podał.
- Czym... kim ty jesteś? - wyszeptała ledwie słyszalnie jakby z obawy, że ktoś może usłyszeć jej pytanie. Choćby Tisi.
- To jeszcze nie koniec. - Uzdrowiciel poprawił kijek pomiędzy siekaczami, przymknął załzawione od bólu oczy i położył dłonie na żebrach. I ponownie Sirri ujrzała lekką poświatę. Usłyszała też jakby kości się zrastały. Nie dowierzała własnym uszom. Ale była pewna, że ten dźwięk to musiało być właśnie to. Wycieńczony togrutanin padł na kolana. Ciężko dyszał.
- Kim ty jesteś? - ponowiła pytania Sirri, już głośniej. W jej głosie można było usłyszeć lekkie przerażenie.
- To nie było zbyt przyjemne - uśmiechnął się blado Gaemaliel. - Ale to pomaga. Z reguły stosuję medytację, by złagodzić ból zrastających się kości, ale jak wiesz, nie mamy teraz na to czasu. Pozwól, że ponownie się przedstawię. - Wstał z podłogi i ukłonił się głęboko. - Gaemaliel, jak już wspomniałem. Mistrz zakonu Jedi.
- Jedi? - Oczy Sirri lekko się zmrużyły. - Myślałam, że was już nie ma.
- Cóż, jeszcze nas trochę zostało, dziękować Mocy - uśmiechnął się tajemniczo do Sirri. - Miałaś może wcześniej do czynienia z Jedi?
Kobieta zaprzeczyła tylko ruchem głowy. Nie chciała wyjawić gościowi, że nigdy nikt jej nie mówił o tej Mocy i Jedi. Wszystkiego co o nich wie, dowiedziała się po narodzinach Liha od Kusha.
- Co właściwie zrobiłeś przed chwilą? - dopytywała przybysza.
- Pomogłem mojemu ciału w leczeniu. - Togrutanin odpowiedział jakby to było coś zupełnie normalnego. - W tym się specjalizuję - jestem uzdrowicielem Jedi. - Na dowód tego podniósł w górę rękę, która jeszcze dwie doby temu była złamana w dwóch miejscach.
- Co jeszcze potrafisz? - dopytywała bez ogródek.
- Kilka sztuczek - uśmiechnął się niczym wyrozumiały nauczyciel. - Potrafię na przykład zreperować uszkodzony... - przerwał w połowie. Jedi spojrzał na dziecięcą zabawkę, którą przed chwilą zaciskał w zębach. - Potrafię na przykład to.
Gaemaliel wykonał dyskretny ruch dłonią i grzechotka zaczęła się unosić powoli i lecieć w kierunku Tisi. Cała ,,sztuczka'' trwała kilkanaście sekund. Sirri przez chwilę wydała się smutna. Jakby pokaz zrozumiała, ale z jakichś powodów ją unieszczęśliwił. Jedi miał za chwilę przekonać się dlaczego.
- Mogę cię tego nauczyć, Sirri. Wierzę, że nauczyłabyś się tego dość...
- Mamusiu, czy ja też jestem Jedi? - przerwał mu Lih, który stał teraz w drzwiach pokoju gościnnego z blasterem wykonanym z drewna.
Kobieta, całkowicie ignorując Gaemaliela, odwróciła się do syna, kucnęła przy nim i przytuliła.
- Nie, synku. Ty jesteś zupełnie normalny, słyszysz? Nie jesteś żadnym Jedi. Jesteś moim synem - wyszeptała Sirri z twarzą wtuloną w pierś Liha. Po jej piegowatych policzkach spłynęło kilka łez. Gospodyni domu otarła rękawem mokrą twarz.
- Czułość na Moc to wyjątkowa cecha, ale nie jest niczym ,,nienormalnym''...
Sirri ruchem dłoni nakazała mu zamilczeć. Jedi usłuchał jej, w końcu kim był by sprzeciwiać się gospodyni i matce. Po chwili tylko dodał.
- Ale mama ma rację. Zasiedziałem się, na mnie już czas.
- Dopilnuje byś dotarł do celu - stwierdziła Sirri wkładając dziewczynkę do repulsowego wózka. - Weź siostrę do ogrodu - zwróciła się do starszaka, po czym wstała i podeszła do Jedi. Nie uśmiechała się, wręcz wydawała się dogłębnie smutna.

Szli razem przez dłuższy czas w milczeniu. Gaemaliel obawiał się odezwać, Sirri zaś nie czuła potrzeby podtrzymywania dyskusji. Jedi mógł podziwiać miejscową florę - gęste drzewa i zarośla, które jednak przepuszczały promienie słoneczne. Wszystko wyglądało jak na większości planet o tropikalnym klimacie, a jednocześnie było zupełnie inne.
Po jakimś kwadransie milczenia, Sirri w końcu przemówiła.
- Czy jemu nic nie będzie? - Jej głos był tak cichy, że togrutanin przez sekundę zastanawiał się, czy to były słowa jego towarzyszki czy jego umysłu.
- Komu? - Zerknął na nią nie zwalniając.
- Lihowi. Mojemu synowi.
Jedi milczał przez chwilę, więc Sirri kontynuowała.
- Potrafi unosić zabawki siłą woli, jak ty. Ale teraz... - zrobiła krótką pauzę na zebranie myśli. - Teraz polują na takich jak ty. On nie będzie celem Wiecznego Imperium. Z mężem próbujemy to zdusić, zbagatelizować sprawę. Czy nie będzie cierpiał?
- Ty też to potrafisz, Sirri. - Przystanął i położył jej dłoń na ramieniu.
- Bzdura! - wykrzyknęła kobieta odpychając trochę za mocno togrutanina. - Skąd ty możesz to wiedzieć?
Gaemaliel zawahał się, jakby zastanawiał się co odpowiedzieć.
- Coś ci pokażę. - Zaczął grzebać w kieszeniach płaszcza i po chwili wyjął metaliczny, połyskujący przedmiot o cylindrycznym kształcie.
- Wiesz co to jest? - zapytał z uśmiechem.
Sirri tylko zaprzeczyła ruchem głowy.
- Jest to miecz świetlny - broń i symbol Jedi. Nie musisz się obawiać. - Zrobił krok do tyłu, złapał oburącz rękojeść. Po chwili zielona poświata zalała okolice.
Po dłuższej chwili Gaemaliel zgasił miecz.
- To co mówisz jest mi zupełnie obce, a twierdzisz, że ja tak potrafię. Mylisz się co do tego.
- Główną częścią miecza jest kryształ, który reaguje na Moc.
Przedmiot o cylindrycznym kształcie zaczął lewitować pomiędzy nimi. Obracał się przy tym wokół własnej osi. Po kilku chwilach zaczął się rozkładać na części pierwsze, aż oczom Sirri ukazał się malutki, zielony kamień. Kobieta patrzyła na to ,,przedstawienie'' bardzo zaciekawiona.
- Kryształ powinien zareagować na dotyk osoby wrażliwej na Moc. - Zielony przedmiot podleciał do piersi Sirri. - Spróbuj, dotknij go.
- Nie chcę! - krzyknęła i odwróciła się od Jedi. Jeszcze kilka sekund wcześniej była bardzo ciekawa tego co pokazywał. Teraz wszystko uleciało.
- Boisz się? Dlaczego? Nie chcesz mieć pewności? - pytał Gaemaliel starając się nie nacisnąć za mocno. Znowu.
Kobieta stała nieruchomo, nie odzywała się. Po kilku chwilach jej oczy szeroko się otworzyły.
- Muszę wracać. Natychmiast!
Ruszyła szybkim biegiem przez las w kierunku, z którego przyszli. Togrutanin chwycił w dłoń już złożony ponownie miecz świetlny i ruszył za nią. Biegli szybko kilka minut, kiedy spotkali stado eopii. Sirri rozpoznała w kilku sztukach swoje zwierzęta. Coś musiało je wystraszyć do takiego stopnia, że zwierzęta sforsowały zagrodę i uciekły. Nie przestając biec, oboje pognali dalej.

Sirri zatrzymała się dopiero na skraju lasu, przed terenem, który należał do niej i jej męża. Ledwo rozpoznała swoje ziemie. Zagroda eopii, jak można było się spodziewać, została doszczętnie zniszczona. Po malutkim ogródku, gdzie hodowali warzywa, nie było śladu. Dom był cały osmolony, okna zostały wybite, a drzwi wyłamane. Z wnętrza budynku unosił się ciemny dym. Ruszyła dalej - do środka, zostawiając Jedi na zewnątrz.
Odnalazła ich w kuchni. Wszyscy troje przytuleni, leżeli przy grubym, kamiennym blacie. Sirri nie miała pojęcia jak, ale momentalnie znalazła się klęcząc przy mężu i dzieciach. Tuliła ich z całych sił, wypłakując sobie oczy.

Sirri nie miała pojęcia ile czasu minęło, gdy doszedł do jej świadomość głos Jedi zza jej pleców: ,,Powinniśmy ich pochować.''
avatar
Kamzo
Trooper
Trooper

Liczba postów : 481
Join date : 13/02/2015
Age : 31
Skąd : Święta Warmia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Niechciany gość

Pisanie by Kamzo on Sob Mar 18, 2017 12:16 pm

Część druga, podobnie jak poprzednia, nie jest mojego autorstwa. Publikuję ją na wyraźną prośbę autora/autorki. Miłej lektury!

NIECHCIANY GOŚĆ - CZĘŚĆ 2

Biegłem za nią ile tchu w płucach. Nie wspomogłem się Mocą, to nie miało sensu. Po pierwsze, Sirri nie dotrzymałaby mi kroku, a po drugie moja noga nadal nie wyleczyła się zupełnie i nawet ,,zwykły bieg'' mocno ją obciążał. Czułem świeżą krew zalewającą mi spodnie.

Gdy dotarliśmy na to co pozostało po farmie eopii, byłem w nie mniejszym szoku od niej. Ledwo poznałem to domostwo, jeszcze godzinę temu wyglądało zupełnie inaczej. Byłem pewien, że to Wieczne Imperium za tym stoi - musieli natrafić na mój trop, a może ,,odwiedzili'' wszystkie okoliczne domy?
Po chwili skierowała się w stronę drzwi, chciałem iść za nią, jednak zaniechałem tego pomysłu. Nawet nie korzystając z pomocy mojej Przyjaciółki, wiedziałem co tam zastaniemy. Powinna mieć czas tylko dla siebie. Czas na pożegnanie.

Po przeszło godzinie wszedłem cicho do budynku, który nie tak dawno temu był domem rodzinnym. Sirri klęczała w kałuży krwi tuląc ciała męża i dzieci. W żadnym z nich nie wyczuwałem iskry życia. Jej błękitna sukienka zmieniła kolor na szkarłatny. Powoli i cicho podszedłem do wdowy, odchrząknąłem i powiedziałem:
- Powinniśmy ich pochować.
Nie wiedziałem czy mnie usłyszała. Wyciągnąłem rękę by dotknąć jej ramienia, ale mnie uprzedziła - odwróciła się i wtuliła się we mnie. Zaskoczyła mnie tym na tyle, że przez dobrą minutę nie zareagowałem, dopiero potem objąłem ją delikatnie.
Sirri otarła łzy z twarzy i zwróciła się do mnie cichym, nad wyraz spokojnym głosem.
- Masz rację. Czas ich pochować. Chodź ze mną.
Kierowała nas do tego co niegdyś było stajnią dla eopii. Otworzyła poboczną bramę i moim oczom ukazały się maszyny, wykorzystywane przez rolników i farmerów. Pani domu podeszła do białej koparki repulsorowej.
- Umiesz to prowadzić?
Skinąłem twierdząco okłamując ją. To nie był na to czas. Wskoczyłem na nią i zająłem miejsce kierowcy. Gdy odpaliłem maszynę i wrzuciłem bieg, koparka ruszyła szybko do tyłu uderzając w sprzęt, który stał za nią. Do moich uszu doszedł podniesiony głos Sirri.
- Myślałam, że umiesz tym jeździć!
- Już umiem - odparłem i wrzuciłem odpowiedni bieg.
Kierowała się na zaplecze domu, gdzie, z tego co pamiętam, był ogród, teraz wszystko było spalone na wiór. Podążałem za nią prowadząc powoli koparkę, dzięki czemu byłem nad nią w stanie zapanować. W końcu stanęła pośrodku placu i krzyknęła abym w tym miejscu wykopał dół.
Gdy zeskoczyłem po skończonej robocie, Sirri uśmiechnęła się blado, poprosiła bym został, po czym weszła do swojego domu. Wróciła po chwili niosąc ciało Kusha, delikatnie jak tylko umiała. Przez myśl przeszło mi czy podświadomie nie używa Mocy - w końcu on był przeszło dwa razy cięższy od niej. Ułożyła go z miłością w dole, po czym klęknęła przy nim i pocałowała czule w usta. Jeszcze dwa razy weszła do budynku, przynosząc dzieci i dokładnie powtarzając całą procedurę, krok po kroku. Kiedy cała jej rodzina spoczywała w grobie, stanęła nad nim i dała mi ręką znać bym ich zasypał.
Wiedziałem, że rycerze Zakuul wrócą, ale musiałem dać jej jeszcze trochę czasu więc odprowadziłem koparkę do stodoły.
Stała cały czas w tym samym miejscu, patrząc się na grób jej bliskich. Gdy podszedłem na odległość kilkunastu kroków, odwróciła się do mnie.
- Mój mąż i ja nie jesteśmy tym za kogo się podajemy - powiedziała mechanicznie. - Niegdyś byliśmy obywatelami Imperium Sithów. Kush służył od zawsze w armii, jednak gdy rozpoczął się najazd Zakuul nie chciałam by dalej narażał swe życie w imię innych. - Zrobiła krótką pauzę na wzięcie wdechu, a ja zastanawiałem się skąd ma takie wspomnienia. - Udało mu się zdezerterować. Uciekliśmy i zaszyliśmy się na planecie daleko od Imperium i Republiki. Od wszystkich.
- Nie oceniam was. Widziałem okropieństwa wojny, jestem w stanie zrozumieć tę decyzję - odparłem, ale przez myśl przeszło mi powiedzenie jej prawdy. O niej, jej kontakcie z Mocą, o wszystkim. Zdusiłem to jednak w sobie, to nie była odpowiednia pora.
Sirri wzięła głęboki wdech.
- Kush przygotował nas na ewentualność gdyby Imperium nas znalazło - niedaleko stąd stoi statek przygotowany na ucieczkę. To chyba pora.
Nie czekała na moją odpowiedź, nie wróciła również do swojego domu spakować się czy zabrać jakąś pamiątkę. Po prostu ruszyła.

Muszę przyznać, że faktycznie ich środek ucieczki był dobrze ukryty w niewielkiej jaskini, w której statek ledwo się mieścił. Dwa wejścia do niej (to przez które przeszliśmy i to, przez które wylecimy) były dobrze osłonięte roślinnością. Kush odwalił dobry kawał roboty. Był to co prawda najzwyklejszy imperialny transportowiec, z hipernapędem najsłabszej klasy. Jednak nie miało to żadnego znaczenia, najważniejsze, że był w stanie nas zabrać z tej planety.
Weszliśmy na pokład, Sirri udała się wprost na mostek, a ja postanowiłem sprawdzić nasze zapasy. Po chwili dotarł do mych uszu dźwięk silników podświetlnych i pokład zakołysał się lekko, gdy statek odrywał się od podłoża jaskini.
Mieliśmy racji żywieniowych na długie tygodnie lotu dla czterech osób, Kush również zadbał o zaopatrzenie apteczki. Pozwoliłem sobie wygrzebać z niej fiolkę z niebieskawym płynem i zrobiłem zastrzyk z bacty. Wprawdzie powiedziawszy preferuję bardziej naturalne sposoby leczenia, ale wiedziałem, że muszę się obyć bez medytacji jeszcze jakiś czas. To nie był czas i miejsce na ,,sztuczki Jedi''.

Gdy doszedłem na mostek statek leciał już na autopilocie i kierował nas w stronę lodowatej próżni kosmosu. Sirri siedziała sztywno, a jej wzrok skierowany był na malutki obraz holoprojektora, który przedstawiał jej męża.
- Skoro oglądasz to nagranie to znaczy, że Sithowie nas znaleźli i... że komputer pokładowy nie zarejestrował mojego zalogowania. Prawdopodobnie więc nie przeżyłem. Mam tylko nadzieję, że wraz z tobą są Lih i Tisi. - Po tych słowach na piegach Sirri zalśniły łzy. - Przykro mi kochanie, ale muszę ci coś wyznać. Nigdy nie miałem odwagi zrobić tego za życia. Twoje wspomnienia, twoja przeszłość to kłamstwo. Kłamstwo, które to ja ci wmówiłem. - Kush z hologramu zrobił dłuższą przerwę. Widziałem, że nawet nagrywanie tych słów sprawiło mu wielki kłopot. - Nie wzięliśmy ślubu, przynajmniej tego, który wydaje ci się, że pamiętasz. Gdy służyłem w armii, ty mnie nawet nie znałaś. Ja byłem szeregowym, a ty uczennicą Dartha.
- Co?! - wykrzyknęła. Sirri była kompletnie zszokowana. Kilka godzin wcześniej straciła wszystkich bliskich, a teraz to. Prawdę powiedziawszy też byłem zaskoczony.
- Tak, Lih ma Moc po tobie. - Holonagranie kontynuowało wyznanie. - Nazywałaś się Ode-cai i służyłaś Darth Wiris. - Znowu przerwa. - Podczas bitwy o Ziost zobaczyłem cię jak z innym Sithem opuściłaś kosmoport. Rozdzieliliście się. Ja próbowałem przetrwać atak i pragnąłem uciec, zapomnieć o wojnie. A ty zamiast walczyć z najeźdźcą, wdałaś się w walkę na miecze świetlne z szurniętą Wiedźmą. Wszyscy w Imperium wiedzieliśmy, że ma nierówno pod sufitem, ale z jakiegoś powodu Mroczna Rada ją trzymała. Gdy tak walczyłyście, w budynek nieopodal was trafiła torpeda. Zawaliła się na was ściana. I to była moja szansa. Pozostawiłem moich kolegów na froncie i pobiegłem do was. Po chwili pracy zdołałem cię odkopać i udać się do portu by ukraść statek. Byłaś Sithem - moją przepustką, przecież musiałem cię chronić i zadbać o twoje bezpieczeństwo. Gdy niosłem cię na rękach i wrzeszczałem ,,Sith ranny'', nawet Moff nie stanąłby mi na drodze. Mogłem się udać gdzie tylko chciałem. Wykorzystałem cię, przepraszam Sir.
- Nie nazywaj mnie tak! - uniosła się chisska. - Nie jestem i nigdy nie byłam Sirri! - Wyczuwałem od niej rosnącą nienawiść. Może powinienem zareagować, ale nie zrobiłem tego.
- Gdy opuściliśmy planetę przebudziłaś się, tylko na chwilę, ale odzyskałaś przytomność. Obawiałem się, że mój plan i moje życie właśnie w tamtym momencie się skończą. Ale ty mnie nie zaatakowałaś. Spytałaś kim jesteś. Twoja utrata pamięci, Sirri - Sirri aż zadrżała z wściekłości na dźwięk swojego dotychczasowego imienia - uratowała mi życie. Pierwsze co przyszło mi na myśl to, że jesteś moją żoną i miałaś wypadek. I znów zemdlałaś. Przepraszam. - Postać na holonagraniu zaszlochała. - Miałem zamiar porzucić cię na pierwszym przystanku poza Imperium. Ale... przez cały lot siedziałem przy tobie i opowiadałem ci o naszym zmyślonym życiu. Nie wiem dlaczego. Może ze strachu, że jednak odzyskasz przytomność i pamięć, a może z nudów. To nasze nieprawdziwe życie było takie zwyczajne. Zapragnąłem go i pokochałem. A kiedy w końcu odzyskałaś przytomność uwierzyłaś, że jesteś Sirri, moją żoną. Nie pozostało mi wtedy nic innego jak udawać małżeństwo. Jednak z czasem pokochałem nie tylko naszą historię, ale też i ciebie. W Sirri, którą znałem, nie było nic z wściekłości i zła Sithów jakich znałem. Sirri, na wszystkie moce w galaktyce, ja ciebie kochałem. Prawdziwie i szczerze. Mam nadzieję, że mi kiedyś to wybaczysz.
Miniaturowy Kush zniknął, a ja w tym momencie poczułem wibracje statku, które towarzyszą wyjściu z atmosfery.
- Powinniśmy obrać cel podróży - zarekomendowałem. - Nie możemy dryfować w próżni.
Jednak chisska nie poruszyła się, nie odpowiedziała. Włączyła tylko ponownie nagranie i wpatrywała się w zmarłego męża wielkimi, czerwonymi oczami pełnymi łez.
Wiedziałem, że Moc może mi pomóc w odzyskaniu jej wspomnień. Wiedziałem to od samego początku, gdy razem z Tisi otworzyła mi drzwi swego domu. Ale nie mogłem tego zrobić. Nie bez jej zgody. Wpatrywałem się w nią przez kilka minut, po czym stwierdziłem, że tylko jedna osoba jest w stanie jej pomóc. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do sali łączności, po czym wybrałem odpowiednie kody. Chwilę później pojawił się obraz mężczyzny z równo ostrzyżoną brodą i wąsem.
- Witam kapitanie - przywitałem go.
- Mistrz Gaemaliel? Jestem zdziwiony, że dzwonisz. Myślałem, że nie jesteś zainteresowany walką z Wiecznym Imperium.
- Jest wiele form walki, kapitanie - odpowiedziałem spokojnie.
Isog Double założył ręce na piersi i wpatrywał się we mnie.
- Kapitanie, potrzebuję skontaktować się z mistrzem Jan'yse.
- No nie wiem - odparł od niechcenia. - Srebrnowłosy jest zajęty walką o wolność. Nie ma czasu na towarzyskie spotkania.
- Potrzebuję się z nim zobaczyć. To sprawa niecierpiąca zwłoki.
- Niecierpiąca zwłoki? - zainteresował się.
- Słyszałeś kapitanie o Błękitnej Jedi?

Tekst ten jest jednocześnie wstępem do jutrzejszego rp (niedziela 19.03.2017), które odbędzie się o godz. 21:30. Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych!
avatar
Kamzo
Trooper
Trooper

Liczba postów : 481
Join date : 13/02/2015
Age : 31
Skąd : Święta Warmia

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Niechciany gość

Pisanie by Maginia on Sob Mar 18, 2017 3:42 pm

Pragnę zauważyć, że to ten sam event, który ogłaszałam.

_________________
avatar
Maginia
Zarząd Tarczy
Zarząd Tarczy

Liczba postów : 479
Join date : 24/04/2015

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Niechciany gość

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach