Część 9. Upadek

Go down

Część 9. Upadek

Pisanie by Talym on Pon Sty 08, 2018 8:12 pm

Stary i siwy Jedi przemierzał pokład Divinusa w poszukiwaniu swojej byłej uczennicy. Wyglądał, jakby przeszywał go wyraz strapienia. Wory pod oczami znacząco postarzały jego i tak zmęczoną twarz. Gdy w końcu przystanął na chwilę, wyciągnął komunikator i postarał się połączyć z Witmą.
Rycerz Jedi Maginia siedziała akurat nad raportami. Zginęła jej jedna dostawa alkoholi. Miała podejrzenia, kto mógł zataić jej przybycie, ale nie chciała rzucać bezpodstawnych oskarżeń. Wolała to wpierw zbadać. Gdy jej komunikator zadzwonił, odebrała.
- Słucham cię, Mistrzu.
- „Masz może chwilę?” – zapytał mało pewny siebie głos Sindo’rella Beiline. – „Tak usiąść, napić się rumianku, pogadać chwilę?”
Witma spojrzała na pliki z dokumentami i uśmiechnęła się.
- Chyba Moc cię zsyła, Mistrzu. Potrzebuję przerwy, a sama bym jej nie zrobiła. Gdzie chciałbyś się spotkać?
- „W kantynie? Za jakieś piętnaście minut?”
- Oczywiście. – Rozłączyła się, pozamykała foldery zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, po czym narzuciła na siebie płaszcz Jedi i poszła do kantyny na statku.

Sindo siedział tam sam przy stoliku, czekając na swoją byłą uczennicę. Na blacie czekały już filiżanki z gorącym napojem.
- Mistrzu – przywitała się serdecznie uśmiechnięta Witma, gdy przysiadała się do swojego ex-mistrza. Jej krótkie, czarne włosy nieco odrosły, dzięki czemu nie wyglądała jak chłopak. Ścięła je na modę z Nar Shaddaa. Po raz pierwszy od bardzo dawna fryzura nie zasłaniała jej twarzy i blizny. O dziwo czuła się z tym bardziej pewna siebie. – Wydałeś się strapiony.
Sindo uniósł głowę i spojrzał w uśmiechnięte oczy Witmy, co wyraźnie poprawiło mu humor.
- Kwiatuszku, ano strapiony. Martwiłem się o ciebie.
- O mnie? A dlaczegóż to? Przecież wszystko w porządku. – Kobieta nie miała już oznak pobicia. Szybko się wykurowała, bo już nie raz zdarzało jej się wdać w walkę z o niebo silniejszym przeciwnikiem, a to zazwyczaj skutkuje sińcami. Alam nawet nastawił jej w końcu nos, żeby był równy. – To nie o mnie należy się martwić, a o Talyma. Nie sądziłam, że da się pojmać.
- Nie martw się o Talyma, pracujemy nad tym. Byłaś w więzieniu. Widziałem, w jakim stanie cię zwolnili. Dlaczego dałaś się złapać?
- Dałam się złapać, ponieważ to byli profesjonaliści. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Lepszym pytaniem jest, dlaczego nie uciekłam. Ale nie chcę na nie odpowiadać.
- Czemu? I dlaczego cię tak obili? Dlaczego, na Moc, się nie broniłaś?
- Byłeś kiedykolwiek, Mistrzu, w więzieniu? Na izbie wytrzeźwień pewnie tak, ale czy w więzieniu?
- Zdziwiłabyś się, jakbym ci powiedział, że nawet nie raz? Nie wspominam tego okresu dobrze. – Oparł łokcie o stolik. – Ale nie o mnie tu mowa, kwiatuszku. Chcę, byś mi wszystko opowiedziała.
- Więc z pewnością wiesz, jak to jest. Pierwszy dzień jest najważniejszy. Musisz wtedy określić, do której grupy się zaliczasz. Czy dzielisz się pod względem rasy? A może przynależności etnicznej? Czy należysz do jakiegoś gangu? Musisz zadecydować. A ja o tym nie wiedziałam. Wybrałam trzymanie się od wszystkich z daleka. Więc każda z grup chciała mnie dorwać. – Wzruszyła ramionami, jakby to było coś zwyczajnego. – To tyle.
- A przez co dokładnie tam trafiłaś? I dlaczego?
- Zawarłam deal z Aminą Palpatiną.
- Dla głupiego interesu dałaś się zamknąć? Kwiatuszku, ja mało z tego świata nie zeszłem. Co to za deal?
- Śledziła Tarczę. Była strasznie przeciwko Jedi. Wszystko przez to, że postrzegała nas jak Sithów. Musiałam udowodnić jej, że jest w błędzie. Dodatkowo chciałam znaleźć informacje na temat błędnych informacji. Wiedziałam, że z Sallarosem byście się na to nie zgodzili, więc działałam na własną rękę, to tyle.
- A córka tej twojej wspólniczki miała z tym coś wspólnego?
- Tylko tyle, że ona stała za tym wszystkim, o co posądzała nas jej matka. – Spojrzała w dal ze smutkiem. – Gdybym tylko wcześniej to wykryła, może Amina nadal by żyła? To porządna kobieta.
- Czyli za wszystko, co spotkało ciebie, i całą Tarczę ostatnio, odpowiada córka twojej kumpeli?
- Pani senator nie była moją kumpelą. Udało mi się z nią odnaleźć wspólny język. To przecież jest zerowa technika walki Jedi, prawda, Mistrzu? Negocjacje.
- No niby tak, ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Ponieważ nie mogę na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”.
- Więc czego od nas chciała jej córka?
- Od nas? Masz na myśli Tarczę? Byliśmy tylko pionkami w rozgrywce.
- A co miała do Jedi?
- Ona? Sam się jej zapytaj może? Spiskowała z Zakuul, próbowała osłabić Senat. To właśnie robiła. Jesteśmy jednostką militarną.
- Więc ona jest źródłem naszych problemów. A powiedz mi, o Talymie coś wiesz? Jakieś wieści?
- Mam kilka kontaktów z więzieniem żeńskim, nie męskim aresztem.
- Więc zero kontaktu. Boisz się o niego?
- Nie ma emocji, Mistrzu – odpowiedziała mantrą Jedi. - Jest spokój.
- Ale weź skończ pierdzielić – zaprotestował bezpośrednio Sindo. - Nie zależy ci na nim?
- Oczywiście, że mi zależy. Tak samo, jak zależy mi na tobie, Sallarosie czy Skolu. – Wzięła szklankę w dłoń i upiła łyk naparu.
- Więc po co ta wstawka z kodeksu? Nie powinnaś bać się okazywać uczuć. Zapamiętaj. A teraz wybacz, muszę zabrać się za robotę. Przez jakiś czas mnie nie będzie – Wypił szybko rumianek, krzywiąc się niemiłosiernie, po czym wstał i już z uśmiechem spojrzał na Witmę. – Nie martw się, kwiatuszku. Wszystko będzie dobrze.
- Nie boję się okazywać uczuć. Tylko w przeciwieństwie do ciebie umiem się z nimi pogodzić – powiedziała dość ozięble, twardo, patrząc Sindo w oczy.
- Co masz na myśli?
- Nigdy nie pogodziłeś się ze stratą żony i syna, prawda? Twoje działania są impulsywne i nieprzemyślane. A później ich żałujesz i nie możesz pogodzić się z tym, że do tego dopuściłeś.
- Masz sporo racji, ale gdyby nie błędy, które popełniłem, nie byłbym tym, kim jestem teraz. Całe szczęście teraz wiem, co muszę zrobić. – Uśmiechnął się niczym baśniowy idol dzieciaków, ubrany w czerwony kubraczek i zamieszkający Hoth ze swoją zgrają istot podzielających rasę z Mistrzem Vandarem Tokare.
- Chcesz zrobić coś niewłaściwego – stwierdziła Witma. – Odpuść sobie.
- Nie to, że chcę, i nie to, że niewłaściwego.
- Więc co planujesz uczynić?
- Nie mogę ci powiedzieć. To ściśle tajne. Ale po tym wszystko wróci do normy. Talym znów tu będzie, jak i cała reszta. A problemy Tarczy się skończą.
- Wcale się nie skończą. Nawet po odklejeniu plastra zostają blizny.
- Ale i blizna w końcu się wchłonie. A jak nie, to sprawi, że na przyszłość będzie się unikać tego, co tę bliznę zrobiło.
- Ale z pewnością już nigdy nie będzie jak dawniej. – Poklepała się po wielkim iksie na twarzy. – Wiem coś o tym… Mistrzu… - zabrzmiało to tak troskliwie, jakby zamiast „mistrzu” powiedziała „tato” - …nie otwieraj kolejnych ran, dobrze?
- Nie bojaj się nic, kwiatuszku. Ja się wszystkim zajmę. – Pogłaskał ją po włosach, popatrzył chwilę na jej twarz i ruszył w stronę wyjścia dziarskim krokiem.
- Niech Moc będzie z tobą! – Witma krzyknęła za nim, na co Sindo pomachał jej ręką, obracając się tylko na chwilę. – I niech ma nas wszystkich w swojej opiece – dodała cicho do siebie.

***

Sallaros siedział w sali Rady Tarczy, przeglądając jeszcze raz raport od Shallayi. „Katastrofa, jak to się potoczyło” – pomyślał. „Tylko cud czy wola Mocy uratowała nas jeszcze przed podejrzeniami”. Westchnął ciężko, czekając na całą resztę.
Jeszcze przed pojawieniem się w polu widzenia, Sallaros wyczuł schodzącego po schodach Vegrulę. Odgłos stóp stąpających po kamiennych schodach komnaty dodatkowo zapowiadał jego nadejście. W końcu ukazała się żółtoskóra postać z dwoma zwisającymi za plecami długimi lekku. Blizna oblewająca jego lewą część twarzy spływała aż do koniuszków dłoni będącej po tej samej stronie. Gdy Mistrz Otan przekroczył próg sali Rady Tarczy i ujrzał Sallarosa, skinął mu głową i przywitał go, wypowiadając jego tytuł i nazwisko:
- Mistrz Jan’yse.
Stary Rycerz powolnym krokiem wszedł do sali. Jego twarz ozdobiona nowymi zmarszczkami i worami pod oczami była podkreślona najwidoczniej nienajlepszym humorem. Sindo przeszedł naprzeciwko Mistrzów i w ciszy usiadł na jednym z krzeseł.
- Witaj, Rycerzu Sindo’rell Beiline – przywitał się Twi’lek, na co Jedi tylko uniósł dłoń, nie patrząc na żadnego z pozostałych członków zebrania.  – Mistrzu Sallarosie, co jest powodem tej narady?
Siwowłosy dowódca spojrzał na Rycerza Jedi trochę zmartwionym wzrokiem, po czym zaczął mówić.
- Jeszcze brakuje nam osób, a wolałbym nie powtarzać się parę razy. W skrócie: jest źle. Senatorka złapana przez naszych – podkreślił „naszych” – najemników. I parę ciał pod postacią jej straży. Cud, że nie powiązano z nami.
- Więc co teraz zrobimy? – zapytał Vegrula.
- Na sam początek powinniśmy uwolnić tę kobietę lekkich obyczajów… - odezwał się Sindo. – Ja się tym zajmę.
Twi’lek nie skomentował tego. Jedyne, co zrobił, to spojrzał pytająco na Sallarosa.
- Zgadzam się z uwolnieniem – stwierdził Jan’yse. - Może tak choć odrobinę poprawimy swoją reputację.
- Uwolnić z rąk naszych najemników?
- Tak – potwierdził Rycerz Beiline. – Upozorować to, że to my ją uwolnimy. Oczyści to nas choć trochę.
Sallaros kiwnął głową.
- To chyba jedyny sposób, by ukryć nasze błędy. Bez tego narazimy reputację nie tylko Tarczy, ale też Zakonu.
- Nie widzę przeciwskazań – rzekł Twi’lek. – Myślę nawet, że będzie to dobre rozwiązanie. Główną raną, jaką zadała nam Palpatina, było zgorszenie imienia Jedi. Gdy zostanie uratowana przez Jedi, rzuci to na nas dobre światło.
- Tak – zgodził się Sindo, krzywiąc się lekko. – Na pewno rzuciłoby to na nas lepsze światło.
- Sindo? Jesteś pewien, że chcesz się tego podjąć? – Spytał się go spokojnie Sallaros. – Prawda, ratunek z ręki Jedi trochę ją przyblokuje z negatywną opinią na nasz temat.
- Tak, jestem tego pewny. Od dawna nie ruszałem się gdzieś dalej.
- Jedyne spostrzeżenie jakie mam – wtrącił Vegrula – to twoja przeszłość, Rycerzu Sindo’rell. Z zapisek, które znalazłem, wynika, że byłeś niepoczytalny.
- To było kiedyś, już mi przeszło. Prawda, Sallarosie?
- Tak… dobrze – powiedział białowłosy. – Trzeba powiadomić najemników o twoim przybyciu, by każdy odegrał rolę. Bez skutków śmiertelnych, proszę.
- Tak, oczywiście. Nie dam się zabić.
W tym momencie do sali wkroczył raźnym krokiem Isog, a jego oblicze było pogodne, jakby nie posiadał zmartwień.
- Czołem, ludziska – rzucił na przywitanie.
- Witaj Isog – powitał go dowódca Tarczy. – Trochę ci zabrało dotarcie tutaj.
- Musiałem dostarczyć pewną poważną przesyłkę. Notabene, Sindo, świetną koreliańską sprowadziłem. Może skusisz się na degustację?
- Nie, dziękuję – odmówił Rycerz. – Nie piję już od dawna… Ale z chęcią posłucham o tym trunku.
- Gdybym ja tu o alkoholu mówił… - Uśmiechnął się znacząco Mistrz Wywiadu, podkręcając wąsa. – Ale do rzeczy. Chcecie upozorować ratowanie Palpatiny, tak? A więc kto rzekomo miałby ją porwać?
- Dobre pytanie, Isogu – stwierdził Twi’lek. - Musimy się zastanowić, jaką nową tożsamość mamy nadać najemnikom.
- Czyli macie zamiar zabić lub oddalić wszystkich, których twarze widziała? W tym moją własną? Bo widzicie, jak ją oddamy, to zaczną się pytania… Gdzie była, kto ją porwał, dlaczego, jak ją uratowaliśmy… Z pewnością znajdzie się jakiś wnikliwy reporter, który dopatrzy się dziury w całym.
Vegrula, słysząc te pytania, opuścił wzrok i zaczął gładzić się po podbródku, unosząc nieznacznie końcówkę jednego z lekku. Isog za to kontynuował.
- Ona z pewnością również będzie zachwycona z tego powodu i da nam order, prawda?
- Jakie rozwiązanie proponujesz? – zapytał Vegrula.
- Wyprać jej umysł Mocą? – zaproponował chyba żartobliwie Sindo.
- To jest jakaś myśl – skomentował Mistrz Wywiadu. – Tylko pytanie brzmi: czy ona w ogóle musi wracać?
- Mamy bardzo dużo pytań – dorzucił Sallaros - a czas jest nam nie na rękę. Wypranie umysłu nie jest do końca dobre. Byś musiał cały czas utrzymywać to.
- Myślę, że dam radę – stwierdził Rycerz Jedi. – Co jakiś czas się z nią spotkam, by podtrzymać efekt.
- Wtedy zaczną się inne pytania. Romansowe.
- To chyba jakoś przeżyję. – Uśmiechnął się Sindo półgębkiem, dalej nie patrząc na nikogo.
- Ponawiam moje pytanie – przypomniał się Isog.
- Ja ci na nie nie odpowiem.
- Tak – zdecydował Jan’yse – musi wrócić, bo bez niej będą szły głosy. Gdzie byli Jedi? Gdzie była tak zwana Tarcza, kiedy potrzebowała pomocy?
Vegrula kiwnął głową na znak, że podpisuje się pod słowami Sallarosa.
- Poza tym jest ona naszą przepustką do Republiki.
Isog wyciągnął komunikator i na dużym holorzutniku zaczęły przewijać się dziesiątki zdjęć i artykułów.
- Siedemdziesiąt cztery – zaczął prezentację. – Tylu senatorów ma różnego rodzaju problemy w tym momencie. Niektórzy są nękani, inni zastraszani przez mafię, jeszcze inni zniknęli z niewyjaśnionych powodów. Co nas obchodzi ta jedna senator?
Podstarzały Mistrz Jedi Sallaros wpatrywał się w holoobrazy odbijające się w jego źrenicach. Jego wzrok jednak przeniósł się na członka wywiadu Tarczy.
- Bo jeden z naszych Jedi jest oskarżony o zamordowanie jej matki – odparł, a w jego głosie zabrzmiała nuta nie wiekowego i zmęczonego Jedi, a zatroskanego opiekuna tych, którzy go potrzebowali. – Z tą całą resztą też możemy się zająć, jednak widmo morderstwa będzie dalej na nas ciążyć.
- Nie ma żadnego alibi? – dopytywał Isog, ciągnąc swoją batalię z tą zawiłą sytuacją. – Nie został nagrany na jedną z tych kamer? Policja nie będzie posądzać tera przecież każdego niebieskiego Togrutę o to, że jest mordercą, prawda? I ot tylko na podstawie poszlak? Czy seksowna Shall nie przekazała nam przypadkiem dowodu na zlecenie zabójstwa matki przez senatorkę? To chyba wystarczający dowód winy dla zleceniodawcy i odbiorcy.
- Masz rację, Isogu – powrócił do dyskusji przysłuchujący się ciągle i analizujący każdą wypowiedź Vegrula – ale tutaj chodzi o coś więcej niż oczyszczenie nas z zarzutów. Tutaj chodzi o pokazanie tego, że Tarcza jest ochroną dla tych, którzy tego potrzebują. Nawet, jeżeli nie zawsze na to zasłużyli.
- Od kiedy ochrona należy się mordercom i sprzedawczykom?
- Chodzi o to – zaczął Sallaros – by postawić ją przed sądem zgodnie z prawem Republiki, a nie osądzać na własną rękę.
- My jej nie osądzamy na własną rękę! – sprzeciwił się Isog. - A skądże! My po prostu zrobimy to, co jeden z was zrobił z jej ochroniarzami. W ogóle się tym nie przejmiemy – powiedział beztrosko, ale patrzył się przy tym intensywnie w oczy Sallarosa, przez co zaległa chwila ciszy, jakby każdy się bał przerwać tę więź zawiązaną miedzy parami oczu obu mężczyzn.
- Nie taka jest nasza droga – zakończył to Vegrula. – A działania, o których wspomniałeś, na pewno zostaną przez nas rozważone i odpowiednio ocenione, gdy już powrócą do nas osoby odpowiedzialne za znie.
- I co? Za karę będzie musiał medytować trzy godzinny dziennie przez miesiąc? A może wsadzicie go za kratki do końca życia? Bo gdyby mnie złapano przy bezkarnym strzelaniu do obywateli w cywilu, to na pewno wlepiono by mi dożywocie. – Isog nachylił się. – Powtarzam pytanie. Czy Palpatina musi wracać? Może powinna wrócić… z pewnym trwałym defektem? Nieszczęsne wypadki chodzą po ludziach. Szczególnie takich, którzy są porywani.
- O jakim ty defekcie mówisz? – zabrzmiało zasadnicze pytanie Sallarosa.
- Nadal można żyć bez połowy mózgu.
- Bez takich numerów. Co my, mafia galaktyczna?
- Dlaczego jej życie oceniasz lepiej od życia jej ochroniarzy? – Isog nieco się zirytował i walnął pięścią w stół, z którego były wyświetlane włączone przez niego hologramy. – Dlaczego tamci ludzie mogli być wybici w pień, ale jej nie ma prawa spaść włos z głowy? Chcecie udawać, że ją uratowaliście? Nikt się na to nie nabierze, ona sama też nie. Pewnego dnia zobaczy cudzą twarz odbierającą medal za zasługi i wtedy wyjdzie szydło z worka. To cykająca bomba z opóźnionym zapłonem!
- Czy ja też prosiłem, by wybić tych ochroniarzy?! Nie! Do cholery, nie chcę, by ktokolwiek zginął.
Nagle odezwał się po dłuższym czasie głos Rycerza Sindo’rella, który jakby został obudzony z rozmyślań przez zwiększający się nacisk atmosfery.
- Isog, my jesteśmy Jedi, nie armią zabijającą wszystkich, którzy nam się naprzykrzają i stają na naszej drodze.
- Doprawdy? Współpracuję z wami już pewien czas. Jakoś tego nie zauważyłem.
W tle zabrzmiało niewyraźne westchnienie Twi’leka, które zostało zagłuszone kolejnymi słowami Mistrza Wywiadu.
- Jeżeli chcecie być przedstawieni w dobrym świetle, przyznajcie się do wszystkiego. To szczerość może być doceniona.
- Doceniona, albo wykorzystana, by nas wszystkich powybijać – ocenił Sallaros. – Są dwa scenariusze.
- Za co mogliby nas wybić? Mamy dwie karty przetargowe: pierwsza, senator z dowodami jej winy przeciwko Republice, druga, tony żołnierzy i wyszkolonych Rycerzy Jedi, którzy są zdolni zabijać, kto im się na miecz napatoczy. Wykorzystajmy to. Albo zdobędziemy poparcie Senatu, który nas nie chce i próbuje wybić nas jak robactwo, albo darujmy sobie. Tak czy siak życie czy śmierć tej kobiety mają jedynie takie znaczenie, że będzie tylko gorzej, albo lepiej.
- Jesteśmy Tarczą – wtrącił Mistrz Mocy z założonymi na piersi rękoma, po których spływały jego lekku. – Szanujemy twoje zdanie, Isogu, ale naszym działaniem musimy dać przykład Republice, Palpatinie, ale również i przede wszystkim nam samym. Jak słusznie zauważyłeś, działania niektórych osób nie są odpowiednie do tego, jak się identyfikujemy. Jestem za tym, by Rycerz Sindo’rell zajął się odbiciem senatorki. Musimy zaufać Mocy.
Isog wstał, podszedł do Vegruli i usiadł na stole, tuż naprzeciwko Twi’leka, tak, by móc patrzeć na niego z góry i nieco przytłoczyć tą postawą.
- I jaki przykład dawaliśmy dotychczas? Co dobrego zdziałaliśmy dla Republiki? Nadal widzę szwadrony Zakuul terroryzujące planety i naszych żołnierzy bawiących się w berka na polu ćwiczebnym. Szkolimy jednostki, które nie mają pola bitwy, na którym mogliby się wykazać. Chcemy walczyć w imię kogoś, kto uważa nas za niepotrzebnych. Jesteśmy bardziej bandą opłacaną przez kilku alderaańskich arystokratów – tu wskazał palcem na Sallarosa – niż obrońcami Republiki.
Vegrula spojrzał w ziemię, trawiąc usłyszane słowa. Nawet bez zmysłów Mocy czuł, jak nieprzyjemna aura w sali Rady Tarczy robi się coraz intensywniejsza. Jan’yse za to milczał, dopóki Isog nie skończył swojej wypowiedzi.
- To znajdź sojuszników na tyle potężnych, byśmy mogli otwarcie się przeciwstawić Zakuul. Nie mamy takich koneksji i władzy. Ludzie się boją. Możemy jedynie robić działania partyzanckie.
- Dość tego – postawił się Sindo. – Albo zrobimy cokolwiek, by zatuszować własne błędy, albo debatujmy tu dalej niczym ten cały pierdolony Senat. Schowajmy się i srajmy pod siebie ze strachu. Czekajmy, aż nas wszystkich wytropią i zamkną w tych swoich lodówkach.
- Więc sprzedajmy się za najlepszą cenę – stwierdził Isog – jaką mogą nam zaoferować. – Wstał i usiadł na jednym z krzeseł.
- A co my, kur… tyzany, byśmy sobą handlowali? – zapytał Rycerz Jedi.
- Niektórzy nie są wystarczająco doedukowani, by wiedzieć czym jest metafora – podsumował Isog pytanie, które przed chwilą padło. – Wiecie co? Uwzięliście się na ten pomysł i nikt inny nie jest w stanie wymyślić niczego innego. Możecie sobie próbować tuszować sprawę i udawać, że to nie wy zapłaciliście tym najemnikom za porwanie senator. Ale nieźle zapłacicie za ich milczenie.
- Isog ma rację – zgodził się Vegrula, patrząc poważnie na Sallarosa.
- W waszym planie jest za wiele dziur – kontynuował członek wywiadu – żeby mógł wypalić. Jeśli nikt nie poniesie konsekwencji, trzeba będzie wskazać kozła ofiarnego. A jakoś nie wydaje mi się, że wspaniali Jedi są skłonni skazać niewinnych ludzi na dożywocie, byleby ocenić gówno warte życie.
W tym momencie Sindo’rell Beilie wstał, popatrzył po wszystkich, na Sallarosie zawiesił oko na dłuższą chwilę, po czym ruszył w stronę wyjścia.
Isog obejrzał się za nim.
- Nie będę dalej z wami współpracował, jeżeli on teraz wyjdzie.
- Nie jestem kartą przetargową – stwierdził Rycerz Jedi, stawiając kroki. – Ja nawet nie należę do tej rady. Jestem zwykłym gówno wartym Rycerzem. – Uśmiechnął się szeroko, gdy zasuwające się za nim drzwi przycięły nie tylko drogę powrotną, ale lecące w jego kierunku krzyki.

***

Sindo powoli zmierzał w stronę hangaru. Jego głowę zaprzątały tysiące myśli. Ciężkie krople deszczu odbijały się od jego naramienników i wsiąkały w szatę. Był pewny tego, że ostatni raz spogląda na Valirię. Jego wysłużony myśliwiec czekał na środku płyty lotniska. Stary Rycerz Jedi wdrapał się po szczeblach drabiny, usadowił na fotelu pilota i włączył jakiś ckliwy kawałek w radiu, aby podkreślić powagę sytuacji. Wahał się chwilę, czy na pewno powinien lecieć. Czy decyzja, którą podjął odnośnie własnej przyszłości, jest dobra. Po dłuższej chwili ociężale podniósł myśliwiec w górę i odleciał.

Wśród sterty ciał górowała postać Jedi w brązowej szacie, z emblematami Republiki na zakrwawionych i powgniatanych elementach pancerza. Włączony miecz świetlny wycelowany w klęczącą kobietę prawie dotykał jej szyi. Z drugiej ręki wolno w stronę podłogi ściekała krew. Mężczyzna bez cienia litości patrzył w oczy swojej ofiary, naciskając na jej umysł Mocą. Zmusił ją, by wraz z nim opuściła planetę, na której się znajdowali. Dla pewności związał ją i zakneblował. Starał się jej nie bić i nie poniżać. W końcu to jej ostatnie chwile życia, a ślady pobicia mogły zniszczyć cały misternie ułożony plan.

Sindo wylądował na dachu jednego z wieżowców na Coruscant. Sprowadzając swojego więźnia po trapie zdobycznego statku, Mocą coraz bardziej naginał jego wolę. Wsadził do kieszeni Balbiny list, który kilka chwil wcześniej kobieta sama napisała, i powiedział:
- A teraz leć, dziecino, szkoda czasu.
Puścił swojego więźnia i obserwował, jak zbliża się do barierek. Zawahał się na chwilę, widząc, jak kobieta się na nie wdrapuje. Gdy spadła, spokojnie wrócił na statek i odleciał.

Kilka dni później, spędzając czas nad butelką wódki w jednej z najpodlejszych kantyn Tatooine, zwrócił uwagę na komunikat nadawany w HoloNecie.

Tarcza Republiki została oczyszczona ze wszelakich zarzutów. Przetrzymywani do tej pory członkowie tej organizacji zostali uwolnieni. Za wszystko odpowiada list znaleziony przy ciele Balbiny Palpatiny, która, jak zapewne państwo wiecie, rzuciła się z dachu kilka dni temu. List nie przedstawiał śladów, jakoby napisany został pod presją. Analiza grafologiczna także nie wykazała żadnych dowodów, jakoby list miałby zostać spreparowany. Burdy wzniesione przez bandę pijanych dzi…

Sindo delikatnie się uśmiechnął, dopijając na szybko to, co zostało mu w szklance, i ruszył w stronę schodów, po drodze łapiąc za dłoń jedną z tutejszych prostytutek.
avatar
Talym
Jedi
Jedi

Liczba postów : 308
Join date : 15/04/2016
Age : 19
Skąd : Słupsk

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach